człowiek z magicznym pudełkiemSEN O WARSZAWIE
Są takie filmy, w których najsłabszym ogniwem jest reżyser nieumiejętnie prowadzący ekipę na planie, albo scenariusz niedający podstaw do dobrej filmowej historii, albo choćby niedobrze dobrana obsada. I oczywiście dałoby się wskazać w ten sposób lepsze i gorsze aspekty „Człowieka z magicznym pudełkiem”, ale najsłabszym ogniwem tego filmu zdaje się być jednak… publiczność. A przynajmniej takie odniosłem wrażenie podczas i po seansie najnowszej produkcji Bodo Koksa.

Osobiście zawsze cieszyło mnie, gdy dobre rzeczy, choćby niełatwe w odbiorze, trafiały do jak najszerszego grona odbiorców. Może chociaż kilka nowych osób to doceni – myślałem. Może „przeciętny zjadacz popcornu” odkryje wartość w nieco innym kinie – dopowiadałem sobie w głowie, gdy chodziło np. o jakiś ambitny film. I w pewnym sensie wciąż tak myślę. W pewnym sensie, tudzież do pewnego stopnia, bo też coraz częściej potrzeba własnego komfortu przysłania mi tak przejawiające się poczucie „misji”, a wiara w dobrą wolę i otwartość „masowego odbiorcy” słabnie. I, pozostając w kontekście kinematograficznym, coraz częściej wychodzę z założenia, że może lepiej, aby nieoczywiste filmy pozostawały wyłącznie w obiegu festiwalowym oraz w repertuarach kin studyjnych. A później moment frustracji mija i dochodzę do wniosku, że to jednak fajnie, kiedy statystyczny bywalec multipleksów ma szansę poszerzyć horyzonty. Ja natomiast, jeśli coś mi przeszkadza, zawsze mogę przecież wybrać sobie inne okoliczności odbioru danego filmu.

Nie zrozumcie mnie źle – szczerze nie znoszę snobów, którzy narcystycznie pławią się w hermetycznym środowisku, spijając sobie z dzióbków i łechcąc wzajemnie ego. Zamykanie dyskursu na otwarty dialog prowadzi do intelektualnej stagnacji czy zgnilizny (i dotyczy to w równym stopniu wyspecjalizowanych oraz niewyspecjalizowanych uczestników kultury). Kiedy jednak na sali kinowej popularnego multipleksu znajduję się wraz z kilkoma grupkami osób, które spodziewały się kolejnej banalnej i prostej papki, idąc na nowy film Bodo Koksa, po czym swoje rozczarowanie obwieszczają wszem i wobec głośnym sapaniem, wzdychaniem, mlaskaniem, złośliwym rechotem albo głośnym gadaniem, to mam ochotę teleportować się stamtąd do jakiegoś zacisznego kina studyjnego i nigdy nie wracać na seanse filmów spoza rozrywkowego głównego nurtu. Uff… Ale dość już tej prywaty! Wybaczcie, ten jeden raz chciałem dać upust swojej irytacji.

człowiek z magicznym pudełkiemPo takim wstępie pewnie można byłoby przypuszczać, że „Człowiek z magicznym pudełkiem” jest jakimś wybitnym arcydziełem. Otóż nie jest (i może właśnie przez to niezrozumienie, stojące za opisanym powyżej chamskim krytykanctwem, aż tak denerwuje), ale jednocześnie nie jest też filmem złym. Ba, jest wręcz utworem co najmniej niezłym – zarówno w skali polskiej kinematografii, jak i na tle dotychczasowego dorobku Bodo Koksa. Przy odpowiednim nastawieniu, przynajmniej odrobinie dobrych chęci, można nawet potraktować go jako przykład filmu rozrywkowego, choć ubranego w dość niecodzienną, nieprzeciętną formę. Nie tylko forma jest tu jednak specyficzna, bo też reżyser postanowił zmierzyć się z tematyką raczej rzadko eksploatowaną w polskim kinie.

„Człowiek z magicznym pudełkiem” to odważny eksperyment. Mało kto z polskich twórców filmowych miał dotąd odwagę zrealizowania historii utrzymanej w konwencji fantastyki naukowej. Jeżeli już rodzimi filmowcy próbują swoich sił w kinie gatunkowym, to zwykle są to komedie (głównie romantyczne), patetyczne filmy historyczne, filmowe biografie, trochę gangsterskiej akcji, a (zwłaszcza ostatnio) również kryminały, thrillery czy kino familijne. Science fiction, podobnie zresztą jak szerzej pojmowana fantastyka, to u nas jednak nadal nisza. Bodo Kox wykazał się więc niemałą śmiałością i odwagą, wkraczając na to niezagospodarowane wciąż dostatecznie pole. Jasne, kiedyś była i „Hydrozagadka”, i „Pan Kleks w Kosmosie”, i wybrane filmy Juliusza Machulskiego albo nawet większość dorobku Piotra Szulkina. Nie można jednak porównywać skali popularności tego gatunku w lokalnej kinematografii do takich choćby komedii romantycznych, których nasz przemysł filmowy wypluwa współcześnie nawet kilka rocznie.

Fabuła „Człowieka z magicznym pudełkiem” nie pozostawia wątpliwości, z jaką konwencją mamy do czynienia. Akcja rozgrywa się w dystopijnej przyszłości, w Polsce zniszczonej nie tylko przez bliżej nieokreślony kataklizm, ale także klasową degrengoladę. Ostrze krytyki, którym operuje reżyser, zwrócone jest wprawdzie w stronę uniwersalnych przywar – akcentowanych zwłaszcza w optyce społecznej i technosceptycznej – ale historia nosi znamiona wyraźnie lokalnej i odczytać można ją jako lekko tylko zawoalowany komentarz do spraw bieżących. Nic w tym dziwnego, zważywszy na osobę reżysera, który z wykształcenia jest dziennikarzem. Publicystyczny charakter jego obserwacji dało się zresztą odnotować również we wcześniejszym dorobku, zwłaszcza w ramach kina offowego.

„Człowiek z magicznym pudełkiem” jest drugim (po „Dziewczynie z szafy”) filmem Bodo Koksa, który skutecznie przedostał się do zbiorowej świadomości Polaków za sprawą powszechnej dystrybucji kinowej. Wyraźnie widać, że jest to dzieło znacznie bardziej stonowane, na swój sposób „ugładzone” i uporządkowane, w porównaniu z wcześniejszymi, niezależnymi produkcjami tego reżysera. Jednocześnie daleko mu wciąż do stylu zerowego, charakteryzującego główny nurt kina gatunkowego. To nadal przykład filmu z widocznym autorskim sznytem, a offowy rodowód owego autora jest wyczuwalny. Już trzy lata temu reżyser podkreślał w wywiadach, że prawdopodobnie nigdy nie będzie tworzył typowego mainstreamu i wrażenie jakiejś takiej dziwności pozostanie obecne w jego twórczości pewnie na zawsze, bo taki ma już „charakter pisma”.

W swojej najnowszej produkcji Bodo Kox bawi się kinem, a zabawa ta odbywa się na różnych poziomach. Prosta historia o tajemniczym „magicznym pudełku” w postaci staromodnego radia lampowego, umożliwiającego swego rodzaju wgląd do przeszłości, staje się dla niego pretekstem do budowania opowieści o miłości, ale utkanej z wielu cytatów i wzorców zaczerpniętych z kina sci-fi. Efekt to wizja Polski w roku 2030 jako kraju totalitarnego, może autorytarnego; wizja przejawiająca się tak w warstwie tematycznej (inwigilacja władzy, tajne rządowe projekty itd.), jak i estetycznej (chłodna, niemal modernistyczna architektura, demonicznie konformizujące mundury etc.). Do tego dochodzi klucz ponurej rzeczywistości po zagładzie – skąpanej w radioaktywnym smogu, brudnej i wilgotnej, zestawianej dodatkowo z pozorną sterylnością życia elit ekonomicznych. Pod tym względem całość przypomina nieco neo-noirową rzeczywistość „Łowcy androidów” Ridleya Scotta i innych futurystycznych dystopii, również cyberpunkowych. Wszystko to skonfrontowane zostaje natomiast (na zasadzie kontrastu, ale i podobieństw) z przeszłością – Polską w czasie okupacji radzieckiej po drugiej wojnie światowej.

Część z wyrazistych obrazów w filmie Koksa potęgowana jest jawnymi kalkami wizualnymi z innych produkcji albo subtelnymi nawiązaniami – tak estetycznymi, jak i fabularnymi – świadczącymi o ogromnej samoświadomości. Intertekstualność stanowi tu jednak wartość naddaną, pomagającą w interpretacji, a nie warunkującą zrozumienie filmu. Cytuje więc reżyser „Fight Club” Davida Finchera (nawiązanie widać nawet w zwiastunie), garściami czerpie z dorobku wspomnianych już Ridleya Scotta oraz Piotra Szulkina, czuć też wszechobecne inspiracje Terrym Gilliamem, może nawet Peterem Greenawayem. Kox odnajduje w tym wszystkim jednak swój własny głos – głos liryczny, nieśpieszny, opowiadający gorzkie prawdy, ale nie stroniący od humoru, który ową gorycz jeszcze mocniej podbija.

W snuciu historii pomaga mu wyjątkowo dobrze przeprowadzony casting. Nawet parę tygodni po seansie, wciąż mam w głowie melancholię uderzającą w grze aktorskiej Piotra Polaka, wcielającego się w filmowego protagonistę, Adama, woźnego w jednej z warszawskich korporacji. Nadal pamiętam przerysowaną, na swój sposób mechaniczną ekspresję Sebastiana Stankiewicza, czyli filmowego Bernarda, wdrażającego Adama w korpo-trybiki. Cały czas mam przed oczami wygląd, a w uszach pobrzmiewa mi akcent Olgi Bołądź, która zagrała Gorię – wredną, błyskotliwą korpo-biurwę, za maską swojego statusu skrywającą potrzebę autentycznej miłości i pożądania. Albo widok Heleny Norowicz w roli Urszuli Stefańskiej, uskuteczniającej lip-sync do kultowego „Krakowskiego spleenu”, kiedy akurat nie podąża za swoim „pieskiem” w świecących butach. Do tego dochodzą Wojciech Zieliński, Jakub Kamieński, Arkadiusz Jakubik, Agata Buzek i masa innych aktorów na drugim planie, spośród których każdy zdaje się być na właściwym miejscu.

Technicznie też jest dobrze. CGI wprawdzie mogłoby być lepsze, ale nie razi. Zdjęcia (za które odpowiadają Arkadiusz Tomiak i Dominik Danilczyk) stają się przezroczyste wtedy, kiedy trzeba i stylowe wtedy, kiedy można. Muzyka Sandro Di Stefano doskonale podkreśla nastrój poszczególnych scen, ale i ogólną tonację filmu, nic więc dziwnego, że została nagrodzona na festiwalu w Gdyni. Dopełnieniem wszystkiego są scenografia i kostiumy, które pomimo względnego realizmu pozostają odpowiednio „nieautentyczne” do świata, na który mają się składać. To samo można zresztą powiedzieć o dialogach, poprzez swoją „sztuczność” stanowiących kolejny zabieg piętnujący zmiany społeczno-kulturowe polskiej rzeczywistości, którą kreuje reżyser. Słowem, wszystko na swoim miejscu, choć jestem pewien, że wiele osób nie będzie w stanie zrozumieć i „kupić” tej konwencji (co potwierdzają zresztą niektóre recenzje).

„Człowiek z magicznym pudełkiem” trochę nas oszukuje, trochę mąci w głowach początkowym chaosem, który w pierwszej chwili może widzów odrzucić, ale im bardziej narracja się rozwija, tym bardziej historia zaczyna się uspójniać, ujawniać wcześniejsze zmyłki i potwierdzać porozrzucane wszędzie podpowiedzi. To misterna filmowa układanka, świadcząca nie tylko o tym, że Bodo Kox coraz sprawniej operuje językiem kina, ale też że w Polsce jest miejsce na gatunki i konwencje dotąd marginalizowane, jeśli tylko znajdzie się pomysł na ich wdrożenie.

ocena 8

 

Print Friendly, PDF & Email
Kamil Jędrasiak

Kamil Jędrasiak

dr Kamil Jędrasiak – asystent na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego zajmujący się związkami gier, kina i innych mediów, a także szeroko rozumianą kulturą graczy. Stopień doktora uzyskał po napisaniu dysertacji pod tytułem: „Gracz jako model uczestnika współczesnej kultury”.
Aca-geek – badacz i fan. Miłośnik popkultury i awangardy, dźwięków i obrazów, słów i gestów, Alicji i bycia z Alicją. 🙂
Zawsze pomiędzy, wiecznie zajęty, zwykle zmęczony, często spóźniony (bo ciągle w biegu).
Wieloletni szef działu filmowego polter.pl. Twórca i koordynator projektu eduGRAcja. Współpracowałem również m.in. z redakcjami: Ińskie Point, BOLD Magazine, Atraktor, Kwartalnik Filmowy, duzeka.pl.
Kamil Jędrasiak

Rzuć też okiem na:

Recenzja filmu „Zombie Express” (reżyser: Sang-ho Yeon) JEDZIE POCIĄG Z DALEKA, NA NIKOGO NIE CZEKA Koreański film o zombie w pociągu? Nie, to nie miało prawa się udać. Po prostu nie i basta. Wiem, że pisałam o tym już w przypadku chociażby „Maggie” – dra...
Recenzja filmu „Szef” (reżyser: Jon Favreau) SZCZĘŚCIE NA KÓŁKACH, CZYLI ZMOTORYZOWANY FOODPORN Jon Favreau dowiódł dotąd, że zna się na komiksowych filmach akcji (vide: „Kowboje i obcy” czy, świetne skądinąd, dwie pierwsze części „Iron Mana”),...
Recenzja filmu „Słaba płeć” (reżyser: Krzysztof Langa) JAJNIKI I PENISY Czy aby nie cofnęłam się w czasie? Czy to XXI wiek, czy może jakaś alternatywna rzeczywistość? Takie pytanie chodziły mi po głowie podczas domowego seansu „Słabej płci”.  Filmu, któr...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

+ trzydzieści sześć = czterdzieści pięć

Zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści oraz na fanpage Alice Hill :).

Oglądaj Krytyków na YT! :)

Kolejna lektura:

34% Complete
220 of 650 pages
Partnerzy:
Partnerzy:
Współpraca:
Współpraca:
zBLOGowani.pl