Na własnej skórzePROMOCJA AMERYKI PISANA WSCHODNIM TUSZEM
Mario Barth to jeden z najbardziej znanych i renomowanych artystów tatuażu na świecie. Kiedy postanowił wybrać się do Japonii w celu poznania podziemnego świata, który wytworzył się wokół zakazanego przez władze Kraju Kwitnącej Wiśni tatuażu Tebori, razem z reżyserem Billym Burke postanowili uwiecznić tę wyprawę w filmie dokumentalnym. Ich przewodnikami mieli być członkowie rodziny Horitoshi, czyli artyści tatuażu skupieni wokół mistrza Horitoshi Pierwszego, którzy zgodzili się ukazać to, co dotąd pozostawało ukryte przed niewtajemniczonymi.

Tak, podróż w dalekie strony, w rejony objęte na co dzień tajemnicą, dotarcie do niedostępnych miejsc, wniknięcie w lokalną kulturę, w niemal mistyczne środowisko… To jest to! Przynajmniej w teorii… Zdaje się oczywistym, że tak właśnie miała wyglądać ta produkcja i na taką jest zresztą stylizowana. Szkoda tylko, że sporo w tym wszystkim niekonsekwencji, a rzeczywistość i ostateczna treść „Na własnej skórze” (oryginalnie: „Under the Skin”) kłócą się z zarysowanym powyżej wyobrażeniem.

Mario Barth mówi w filmie wiele rzeczy, które w jego ustach brzmią jak prawdy objawione, choć takimi zasadniczo nie są. Ot, zwykłe frazesy powielane przez kolejnych zwolenników sztuki tatuażu (i nie tylko przez nich) na całym świecie. Jasne, że należy walczyć z uprzedzeniami. Jasne, że warto dokumentować tradycję. Jasne, że interesujące jest poznawanie obcej kultury. Tylko fajnie by było, gdyby mało przekonującą moralizatorską gadką nie próbowano wypełniać braków po obecnym w śladowych zaledwie ilościach sacrum, które spodziewano się zastać za oceanem. Z drugiej jednak strony, skoro zdecydowano się na formę dokumentalną, rejestracja rzeczywistości przysparza niekiedy trudności i bez autorskiego komentarza niejeden projekt nie miałby racji bytu.

Barth i Burke docierają z kamerą na lokalny festiwal, gdzie ten pierwszy doznaje rzekomo czegoś na wzór mistycznego uniesienia. Możliwe, że tak było, możliwe też, że wmówił to widzom (lub, co gorsza, sobie samemu), by zrekompensować mało orientalny charakter reszty filmu. Artysta zjednuje sobie całą rodzinę Horitoshi, z którą świętuje, bawi się, rozmawia, poznaje Tokio, a zwłaszcza jego boczne uliczki i nielegalne studia tatuażu. I mogłoby się wydawać, że wsiąkł tym samym w coś bardzo lokalnego, gdy tymczasem okazuje się, że globalizacja pozbawiła (może nie całkowicie, ale częściowo na pewno) oryginalnego kolorytu nawet to podziemne środowisko, skupione wokół sięgającej ósmego wieku tradycji. W barze słuchają amerykańskiego rock and rolla, później grają razem bluesowe jam session, Barth wita się i żegna w sposób jak najbardziej zachodni. Całe szczęście, że przynajmniej mówią po japońsku i kosztują lokalnej kuchni.

Generalnie, zarówno cały „Under the Skin”, jak i sama postać Mario Bartha to w zasadzie kwintesencja i w pewnym sensie apoteoza Amerykańskiego Snu. Artysta, stawiając pierwsze kroki w branży w Austrii, to wzorowy przykład postaci typu self-made man, uosobienie ideału „od zera do bohatera” i błyskawicznego sukcesu (w przeciwieństwie do mistrza Horitoshi, który swoją markę wypracowywał latami, pozostając w ukryciu przed większością ludzkości). Zamieszkanie w USA wydaje się naturalnym następstwem jego kariery. Obrazu dopełniają liberalne ideały, które w niemal kolonizatorski sposób stara się narzucić także Japonii, o czym świadczy jego „oświecony” monolog w finale.

Dokument Billy’ego Burke wzbogaca image Bartha o zdolność niemal automatycznej adaptacji w nowym środowisku i potwierdza jego nieodparty, nawet dla undergroundowych tatuatorów z Kraju Kwitnącej Wiśni, urok osobisty. Nieważne, że nauczony massmedialnymi wzorcami szuka sensacji (mówi zresztą ciągle o tym, że chciałby być świadkiem aresztowania kogoś z nielegalnym tatuażem), która byłaby dodatkową atrakcją do filmu. Pomijając jednak kwestie natury moralnej, pozostają jeszcze dwa pytania: „Do jakiego stopnia tendencyjność filmu jest strawna dla widzów, którzy nie zachłysnęli się jeszcze ideą American Dream?”; oraz „Na ile «Under the Skin» jest obrazem wynikającym z prawdziwej pasji i zaangażowania, stawiającym na szczerość, a na ile jest to inscenizowany, względnie zgrabnie zmontowany obraz, który domagał się jakiejś wartości naddanej, idei wrzuconej tu na siłę, by uzasadnić fajną wycieczkę?”. Odpowiedzi na nie pozostawię jednak tym, którzy skuszą się, by ów dokument obejrzeć i przekonać się – nomen omen – na własnej skórze, czy to, co Barth i Burke mają do powiedzenia wydaje się przekonujące.

Myślę zresztą, że osoby, które lubią programy w stylu „Miami Ink”, „L.A. Ink” i inne utrzymane w podobnej stylistyce, nie będą rozczarowani seansem. Pozostali, jeśli przymkną oko na kilka nudniejszych momentów i wspomnianą tendencyjność, także nie powinni być całkowicie zawiedzeni, bo mimo wszystko fajnie jest dowiedzieć się o czymś, co – choć akceptowane już niemal na całym świecie – stanowi wciąż „szarą strefę” w jednym z cywilizowanych, rozwiniętych krajów. Poza tym, główny temat, czyli ukazanie w świetle dziennym świata skupionego wokół tradycyjnych tatuaży Tebori został zrealizowany, a przy okazji poruszono także nieco wątków zaczerpniętych z historii Japonii. Być może właśnie dzięki temu „Mario Barth: Na własnej skórze” przypadł do gustu krytykom, o czym świadczą nagrody, które zebrał na różnych festiwalach.

 

Publikowano również na: polter.pl

Kamil Jędrasiak