piekneistoty2UROKLIWY CZAR MIŁOŚCI
Z bogatej menażerii istot fantastycznych czarownice — czy też szeroko rozumiane istoty magiczne — zdają się zajmować dziś w kinie rolę niemal marginalną, zwłaszcza w porównaniu z wampirami czy na przykład wilkołakami. Ekranizacja powieści „Piękne istoty” to próba wypełnienia tej niszy. Miłym zaskoczeniem jest, że próba ta okazała się całkiem udaną.

Film wpisuje się w popularny współcześnie nurt, określany mianem paranormal romance (PNR). Jak sama nazwa wskazuje, utwory przynależne do tej kategorii charakteryzują się zestawieniem romantycznych historii z elementami wykraczającymi poza ramy powszechnie pojmowanego realizmu. Prym w wyznaczaniu ram tej konwencji wiodła dotąd „Saga Zmierzch”, zarówno w wydaniu literackim, jak i filmowym. Kolejne produkcje, oparte o te same bądź podobne schematy powstają już od jakiegoś czasu. Wśród tych spośród nich, które odniosły największy sukces, wskazać można między innymi „Intruza”, „Dary Anioła” czy właśnie „Piękne istoty”.

piekneistotySzczerze powiedziawszy, w przypadku ekranizacji „Beautiful Creatures” owo powodzenie jest nie tylko zrozumiałe, ale wręcz zaskakująco niewielkie. Innymi słowy, film zasługuje na znacznie większy rozgłos, niż udało mu się osiągnąć, zwłaszcza w Polsce. Przynajmniej z kilku powodów należy mu się też większe uznanie niż niezwykle popularnej filmowej „Sadze Zmierzch”.

Przede wszystkim historia, za której literacki pierwowzór odpowiadają Kami Garcia i Margaret Stohl, jest autentycznie interesująca i nie sprowadza się wyłącznie do wątku romantycznego oraz konfrontacji z antagonistą. Owszem, pojawiają się one, ale po pierwsze nie są jedynymi motywami, a po drugie opowiedziane są z większym polotem, niż miało to miejsce w „Zmierzchu”. Swoje zasługi mają w tym zarówno autorki książki, jak i Richard LaGravenese – reżyser i autor scenariusza. W filmie nie ma praktycznie „plam nudy”, narracja zmierza we właściwym tempie do finału, nie pozwalając na fabularne zastoje i sztuczne „wypełniacze” czasu. Jednocześnie nie trzeba się jednak obawiać uczucia zagubienia czy przytłoczenia informacjami, bo opowieść jest prosta i zrozumiała.

Mieszkańcy Gatlin to mała, zamknięta społeczność, w której tradycyjne wartości bezrefleksyjnie przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Jednak Ethan, czytający nagminnie książki (także te niecieszące się w miasteczku aprobatą) nastolatek, marzy o tym, by pewnego dnia wyruszyć w podróż i zwiedzić świat, poczynając od Nowego Jorku. Pewnego dnia do jego klasy dołącza Lena, outsiderka zamieszkująca mroczną posiadłość swojego wuja, uchodzącego w Gatlin za szaleńca i czciciela Szatana. Nowa koleżanka szybko wzbudza w Ethanie fascynację, zwłaszcza że chłopak odczuwa dziwną więź, która może ich łączyć. Wkrótce na jaw wychodzi tajemnica dziewczyny oraz jej rodziny. Magiczne moce, rzecz jasna, stają się wyzwaniem dla rodzącej się miłości.

Choć fabuła nie należy w żadnym wypadku do innowacyjnych, to już poszczególne jej elementy odstają nieco od normy, zwłaszcza w ramach PNR. Główną decyzyjną jednostką jest tu dziewczyna, a i wśród istotnych postaci drugoplanowych zdecydowaną większość stanowią kobiety. Co więcej, spora część bohaterek i bohaterów spełnia określone funkcje, nie będąc wyłącznie wydmuszkami wypełniającymi świat przedstawiony dla jego urealnienia – o wielu można powiedzieć coś konkretnego.

Była klątwa.

Była dziewczyna.

A na końcu był grób.

Nie miałem pojęcia, że to wszystko już na mnie czeka.

Interesująca jest również przestrzeń, w której rozgrywa się akcja. Południowoamerykański charakter Gatlin wyczuwalny jest praktycznie od pierwszej do ostatniej sceny. Miłośnicy mokradeł i lasów Luizjany odnajdą tu swoje ukochane „klimaty”, choć niestety bez jazzu. Wizualne zróżnicowanie zapewniają wplecione w ten świat elementy estetyki gotyckiej. Magiczny charakter posiadłości wuja Leny, Macona, powinien zachwycić każdego widza, ponieważ ukazany jest on w niezwykle urokliwy sposób (zwłaszcza w scenie, gdy do miasta przybywa kuzynka Ridley).

Wspominając o bohaterach, warto napisać parę słów o obsadzie. Alice Englert, wcielająca się w Lenę Duchannes, gra bardzo przyzwoicie. Jej uroda przypomina nieco z Mię Wasikowską, ale dzięki delikatnym rysom, mroczny aspekt jej kreacji nie jest tak oczywisty, jak w wypadku roli wspomnianej aktorki w „Stokerze”. Porównania z grą Kristen Stewart w „Zmierzchu” nie mają większego sensu, bo to zupełnie inny rodzaj aktorstwa, zdecydowanie na korzyść Englert. Również towarzyszący jej Alden Ehrenreich miał więcej szczęścia niż Robert Pattinson, ponieważ Ethan jest znacznie bardziej barwną postacią do zagrania aniżeli Edward. Specyficzny, wysoki głos tego aktora doskonale pasował do porywczego i zdecydowanego usposobienia bohatera, w którego się wcielił – nawet, jeśli jego maniera może wydać się irytującą.

Co najważniejsze jednak, jako para Englert i Ehrenreich sprawdzają się na ekranie doskonale. Ich związek zyskuje znamiona prawdziwości, jest wiarygodny na tyle, na ile pozwala na to konwencja. Nadnaturalne elementy wykorzystano zarówno do tworzenia sytuacji komicznych, jak i romantycznych i dramatycznych w relacji między tymi dwiema postaciami. Bez wątpienia jest to efekt udanej współpracy między aktorami a LaGravensem, w oparciu o dostarczony przez niego materiał.

To był ten sam sen każdej nocy, już od miesięcy. Nigdy nie mogę zobaczyć jej twarzy, ale ją znam. Tak, jakbym znał ją całe życie. Mam przeczucie, że coś strasznego się wydarzy, kiedy do niej podejdę. Jednocześnie jednak wcale się nie boję. Chcę jej… Niezależnie, co się wydarzy. Ale nigdy do niej nie mogę dotrzeć. A potem umieram. Na początku byłem przerażony, odchodziłem od zmysłów… Aż zrozumiałem, że nie byłaby to wielka strata.

Na dalszym planie jest równie dobrze. Emma Thompson (filmowa Pani Lincoln/Serafine) oraz Emmy Rossum (zmysłowa Ridley Duchannes) wyraźnie bawią się swoimi rolami z niebywałą lekkością. O odpowiednią dawkę dramatyzmu zadbali z kolei Viola Davis (Amma) z Jeremym Ironsem (Macon Ravenwood). Mniej wyraziście wypadli niestety Thomas Mann (Link), Kyle Gellner (Larkin Ravenwood) czy też reszta obsady (ród Duchannes, mieszkańcy Gatlin). Ci jednak dostali tak skromne i jednowymiarowe rólki, że najlepszym rozwiązaniem okazała się mocno przerysowana gra aktorska. W efekcie również ich kreacje, choć mocno uproszczone, są spójne i udane.

Produkcje spod znaku paranormal romance przyzwyczaiły widzów do szeroko rozumianej urokliwości także w aspektach realizacyjnych. Tytuł „Piękne istoty” przecież tym bardziej zobowiązuje. Niestety, o ile muzyka faktycznie wypada całkiem nieźle (aczkolwiek „Saga Zmierzch” pod tym względem bije o głowę film LaGravense’a, pomimo świetnego utworu Florence + The Machine pod tytułem „Seven Devils”, promującego ten drugi obraz), to już wizualnie film jest bardzo nierówny. Wspomniane już lokacje prezentują się pięknie, również kostiumy są bardzo ładne, a obsada atrakcyjna, ale już zdjęcia czy efekty specjalne (z kilkoma wyjątkami) wypadają co najwyżej średnio. Szkoda, bo potencjał widowiskowości, drzemiący w opowieści o magii w życiu Leny i Ethana jest bodaj niewyczerpany.

W polskim wydaniu DVD, za które odpowiada Monolith Films, znalazły się klasyczne dodatki. Oprócz licznych zapowiedzi (w tym zwiastun „Pięknych istot”), na płycie zamieszczono kilka materiałów skupiających się na poszczególnych aspektach utworu. Złożone są one z fragmentów wywiadów z twórcami, obsadą i osobami zaangażowanymi w projekt, pociętymi i zmontowanymi w krótkie tematyczne filmiki. Warto skupić się zwłaszcza na wypowiedziach autorek literackiego pierwowzoru, które zwracają uwagę między innymi na różnice między książką a ekranizacją i – co ważne – uznają je za zasadne. Wybór wersji językowych jest ekstremalnie skromny, bo w praktyce, w menu figuruje jedynie opcja z polskimi napisami bądź z polskim lektorem. Na szczęście tłumaczenie jest zasadniczo udane, a głos Macieja Gudowskiego doskonale pasuje do samego filmu.

6565

Publikowano również na: polter.pl

Kamil Jędrasiak