susza recenzjaBYĆ NICZYM POŚRÓD NICZEGO
Liczne pająki, węże i kangury – oto, z czym dotąd kojarzyła mi się Australia. Kontynent-kraj, który dla wielu jest rajem, choć obarczonym nienajprzyjemniejszą dla ludzi fauną i florą. Rozległe, rozpalone do czerwoności pustkowia. No i Opera w Sydney. Była też jakaś historia rodzinna o niewykorzystanej propozycji wyjazdu w latach 90. (mogłam urodzić się na innej półkuli!). Od teraz jednak Australia będzie kojarzyła mi się również z Jane Harper, utalentowaną pisarką-debiutantką, która w rodzimym kraju otrzymała za opisywaną „Suszę” nagrodę literacką stanu Wiktoria dla najlepszej niewydanej jeszcze książki.

Okładka tej powieści przyspieszyła rytm mojego serca. Ciemne, nocne niebo zajmujące trzy czwarte jej powierzchni promienieje rozlicznymi gwiazdami, a te są w moim życiu bardzo ważne. Jarzące się poniżej przepaloną bielą trawy budują względem niego niesamowity kontrast, ale jednocześnie ułatwiają wyobrażenie sobie tej pięknej, upstrzonej ciałami niebieskimi nocy – nas, czytelników kołysanych do snu przez ciszę rzadko zamieszkanej okolicy, szum wyschniętych traw i ledwie tylko tłumiony późną porą upał. Jest jednak również coś niepokojącego w tej ilustracji. Coś, jakby mrożący krew wystrzał albo krzyk, które rozdarłyby tę ogromną przestrzeń, a potem równie nagle zniknęły, nie dając nawet tej chwili, by zastanowić się, skąd dobiegły.

susza recenzjaKiewarra, zapomniane, dręczone suszą miasteczko w Australii, w którym wszyscy się znają. Aaron Falk, policjant z Melbourne powraca tutaj po latach nieobecności. Niestety, powody jego wizyty – chociaż nie zawodowe – nie należą do najprzyjemniejszych. Luke Hadler, jego przyjaciel z lat młodzieńczych popełnił tak zwane samobójstwo rozszerzone. Po tym, jak pozbawił życia żonę i synka sam odebrał sobie życie. Coś w tej sprawie nie daje jednak spokoju nielicznym z obywateli. Poproszony o pomoc Aaron, początkowo sceptyczny, z czasem zaczyna dostrzegać niepasujące elementy układanki, z których ocalanie najmłodszego z dzieci – córki Luke’a, Charlotte ­­– wydaje się wystarczającym powodem do wszczęcia prywatnego śledztwa. Niestety, równie mała społeczność nie lubi „wtykania nosa w nie swoje sprawy”. Wkrótce Aaron przypomni sobie, dlaczego jego rodzina w pośpiechu opuszczała Kiewarrę. Ani ta zbrodnia, ani tajemnicza śmierć i kłamstwa sprzed lat nie pozostaną długo w ukryciu.

Akcja „Suszy” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych, niemniej to aktualnej sprawie – rodzinnej masakrze – autorka poświęciła najwięcej miejsca. Obie sytuacje pozwalają jednak nakreślić obraz niezwykle zamkniętej, odizolowanej społeczności, w której wybrane jednostki stoją ponad prawem, a część dramatów zostaje zamieciona pod dywan lub celowo niezauważona. Kiewarra to miasteczko, w którym przetrwać mogą tylko najsilniejsi, a bycie silnym oznacza dla jego mieszkańców urodzenie się na tej rozległej, nieurodzajnej pustyni i podporządkowanie panującym tutaj, nierzadko bardzo prymitywnym, zasadom. Australijska mieścina, to niewłaściwy przystanek dla każdego, kto pragnie posiadać sekrety, zwłaszcza te odstające od „normalności”, która zaczyna się na heteroseksualnej orientacji, a kończy na umiejętności obsługiwania strzelby.

Śmierć na farmie nie była przecież niczym niezwykłym, a muchy nie wybrzydzały. Nie było dla nich różnicy między ciałem ludzkim a padliną.

Sama fabuła zaś odbiega nieco – gdy przyjąć za jego wyznacznik konieczność otrzymywania przez czytelnika poszlak dotyczących sprawy tak, by mógł snuć swoje przypuszczenia niezależnie od literackiego detektywa – od klasycznego kryminału. Stosunek odbiorcy do sprawy zmienia się z czasem. Z upływem kolejnych stron nabiera się coraz wyraźniejszego wrażenia, że Luke Hadler nie jest odpowiedzialny za śmierć swojej rodziny, jakkolwiek pewności zdecydowanie brakuje. Wątpliwości są jednak na tyle uzasadnione, by przypatrywać się innym bohaterom i kibicować Aaronowi Falkowi. Autorka sprawnie przenosi uwagę czytelnika z jednej postaci na drugą, zmieniając głównego podejrzanego. Niemniej, ostatecznie, finał zaskakuje. Nie jest to jednak zaskoczenie z serii „Ach! Mogłam się domyślić!”, a raczej nieco irytujące z powodu przeświadczenia, że ze względu na brak wskazówek nie byliśmy w stanie wskazać winnego przed Falkiem. Bliższa szablonowi kryminału jest za to sprawa z przeszłości, gdzie wskazówek znaleźć można znacznie więcej, tak że rozwiązanie wątku – jakkolwiek bez konkretnych szczegółów – od pewnego momentu wydaje się dość jasne.

Równoległe opisywanie dwóch spraw kryminalnych – tej z przeszłości i aktualnej (która skądinąd, jakkolwiek świeża, także rekonstruowana jest na podstawie retrospektyw) – determinuje konieczność wprowadzenia wizualnego rozgraniczenia tekstu. Część prezentuje się więc klasycznie, część (ta dotycząca dawniejszych wydarzeń) wyróżnia się kursywą i drobniejszą czcionką. Przyznaję, że tę drugą czytało się nieco trudniej, męcząc wzrok, więc dobrze, że rozkład skupienia autorki na poszczególnych wydarzeniach nie prezentował się w skali pół na pół. Wydaje się, że tragedia z przeszłości służyć miała przede wszystkim spotęgowaniu napięcia w i tak już przemęczonej społeczności Kiewarry i „udramatycznieniu” postaci Falka – samotnego, dręczonego przez lata sekretem z młodości, niedopasowanego agenta federalnego, który na co dzień zajmuje się siedzeniem za biurkiem i śledzeniem przestępstw finansowych, a teraz, nagle, zmuszony jest stawić czoła własnej przeszłości, konieczności walki o dobre imię starego przyjaciela, ale i właśnie agresji nieufnych mieszkańców odosobnionego australijskiego miasteczka.

– (…) Wszyscy są tacy źli. Ale nie tylko z powodu Luke’a. Nawet ci, którzy najbardziej na niego wyrzekają, nie nienawidzą go za to, co zrobił. To dziwne. Zupełnie jakby mu zazdrościli.

– Czego?

– Chyba tego, że zrobił to, na co oni nie potrafią się odważyć. Bo teraz jego już tutaj nie ma, prawda? Podczas gdy my tkwimy tu po same uszy, on nie musi martwić się już plonami, niespłaconymi zobowiązaniami czy suszą.

Od samego początku lektury nie mogłam opędzić się od wrażenia, że śledzę akcję, która rozgrywa się nie w Australii, a w amerykańskim Texasie. Zamknięta społeczność, rządy silniejszych i wiele reprezentacji, przypominających klasyczne pozy redneck’ów, to tylko rzucające się na pierwszy rzut oka podobieństwa. Jest jeszcze oczywiście susza, otwarta przestrzeń i skupienie na żywocie farmera, chociaż w wersji australijskiej miejsce krów zajmują owce. Chwilami łapałam się na tym, że wspominki o Melbourne wybijają mnie z rytmu. Jak to – myślałam – przecież Melbourne jest w Australii! Dopiero po chwili docierało do mnie, że to nie kolejny kryminał amerykańskiego pisarza, a australijskiej debiutantki.

Trzeba przyznać, że Jane Harper umie posługiwać się pisarskim warsztatem. Z jednej strony widać to w doskonale zarysowanej, dusznej atmosferze tej historii, gdzie nagłego wybuchu czytelnik spodziewa się nie tylko ze strony ludzi, ale także natury. Z drugiej zaś daje się to zauważyć w kreacjach bohaterów, z których żadnego nie dałoby się określić jednowymiarowym. Oczywiście „Susza” to nie psychologiczne studium przypadku, ale o wiele przyjemniej śledzi się historię z bohaterami zmagającym się z ciemnymi stronami osobowości i ujawniającymi te jasne w najmniej spodziewanych momentach, niż przyswajałoby się kolejną fabułę o dzielnych Mary Sue i Garym Stu. Sam język powieści angażuje, chociaż nie wyróżnia się ani szczególną plastycznością, ani wyjątkową oryginalnością. Autorka – a może tłumacz? – często powtarza niektóre określenia, z pojęciem „rachityczny” na czele, co rzuca się w oczy przede wszystkim z powodu rzadkości wykorzystywania podobnego przymiotnika w życiu codziennym.

-Wydaje ci się to normalne, żeby straszyć ludzi, którym na tobie zależy? Żeby napuszczać ludzi na siebie nawzajem? – Potrząsnęła głową. – Dla ciebie to tylko wielka gra. To jest w tobie najbardziej przerażające

„Susza” to jedna z tych powieści, która z nie do końca jasnych powodów nie pozwala się od siebie oderwać. Nie można odmówić jej ciekawej fabuły i technicznie sprawnej realizacji, ale z drugiej strony nie ma oczywistego powodu, dla którego utwór Jane Harper miałby być bardziej interesujący i angażujący od innych kryminałów na księgarskich półkach. Sekret „Suszy” tkwi w jej niepozorności i oczywistości, w przekonaniu – tak, jak w przypadku policjantów zajmujących się na początku sprawą Luke’a Harpera – że wszystko jest tu jasne i proste. Duszna atmosfera niewielkiego miasteczka gdzieś w Australii dodaje tylko całości pikanterii. Bo… Gdyby tak Aarona spotkała nagła śmierć, gdzieś pośród wysokich, suchych traw, czy ktoś w ogóle by to zauważył? Czy ktoś w ogóle, w równie ciasnym środowisku, chciałby dowiedzieć się, jak i dlaczego zginął/zaginął? W końcu słońce Kiewarry pali wszystkich tak samo boleśnie.

Za przedpremierowym egzemplarz elektroniczny dziękuję wydawnictwu Czarna Owca. Premiera książki 11 stycznia 2017 roku.

 

Alicja Górska