wojna nie ma w sobie nic z kobietyONUCE I SUKIENKI, MUNDURY I PANTOFELKI
Ile powiedziano o II wojnie światowej? Zdecydowanie za dużo. Mnogość tekstów w tej tematyce potwierdza tylko traumatyczność doświadczeń i nieustającą konieczność ich przepracowywania. Czym więc mogła wyróżnić się książka Swietłany Aleksijewicz, laureatki Nagrody Nobla z 2015 roku? Co autorka mogła opowiedzieć, podsunąć, przybliżyć, jeszcze bardziej dookreślić? Co mogła zrobić, żeby nie zginąć w tłumie świadectw; żeby po raz kolejny wbić ludziom szpilę pod żebra; żeby ich (nas) zranić, przerazić, ale i przestrzec? Mogła, jak się okazało za narratorki przyjąć kobiety. Kobiety walczące.

Okładka (obie jej wersje) „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” przedstawia młodą żołnierkę. Krótkie włosy, mundur, odznaczenia, radziecka gwiazda na pasie. W poprzedniej propozycji wydawnictwa Czarne można dostrzec wychylającego się zza kobiety mężczyznę, co z miejsca dookreśla temat Aleksijewicz – kobiety walczyły również ramię w ramię z mężczyznami, nie stanowiły specjalnych, uprzywilejowanych oddziałów. We wznowieniu dzieła, Czarne idzie nawet o krok dalej – żołnierka zyskuje atrybut w postaci broni snajperskiej.

wojna nie ma w sobie nic z kobietyJest rok 1941 albo 1942. Wojna zdążyła już zebrać pierwsze żniwa. Tymczasem młode dziewczyny – szesnastolatki (a niekiedy i młodsze), siedemnastolatki, osiemnastolatki… – za namową, pod wpływem biernego uczestniczenia w dramatycznych wydarzeniach lub po prostu z chęci walki o swoją ojczyznę, przywdziewają mundury, obcinają włosy i ruszają do boju. Ładują działa, strzelają, ściągają rannych z bitewnych pól, rozbrajają bomby i prowadzą czołgi. A kiedy wracają do domów traktowane są jak rodzaj wynaturzenia, wrogowie, zdrajcy i obcy.

Aleksijewicz niemal w pełni oddaje głos weterankom. Sama wtrąca niewiele. Trochę o cenzurze, problemach wydawniczych. Rejestruje drżące dłonie, piękne choć przywiędłe twarze albo smutne oczy. Wspomina, że początkowo niewiele kobiet jest chętnych, by wracać pamięcią do przeszłości. A później, gdy jej projekt dociera dalej i głębiej, ubolewa nad tym, że nie będzie mogła przytoczyć wszystkich historii. Z pewnością z nierzadko wielogodzinnych rozmów wybiera tylko fragmenty i w zestawieniu z innymi formuje je i nadaje im kształt, który poznaje czytelnik. Zachowuje jednak charakterystyczne zwroty, powtórzenia i sposób mówienia. Dzięki temu ma się jednocześnie wrażenie rzeczywistości pokrytej pajęczą siecią pęknięć, niczym uszkodzone lustro, oraz obserwowania jednej i tej samej historii, płynnej i chronologicznej. Tak, kobiety opowiadają o jednej wojnie. Ale o różnych frontach, o różnych zadaniach, różnych doświadczeniach i miejscach.

Ludzie jak dawniej nienawidzą się nawzajem. Znowu się zabijają. To właśnie jest dla mnie niepojęte…

Wydaje się, że Aleksijewicz największy nacisk kładzie na aspekt biologiczno-fizjologiczny kobiet podczas wojny, na tożsamość seksualną oraz doświadczenia powojenne; na zderzenie kulturowego podejścia do kobiety-matki z kobietą w „męskim przebraniu”. Jej rozmówczynie zwracają uwagę na ustające miesiączki, coś od nich niezależnego, lecz dla kobiecości symbolicznego. Przywołują moment obcinania warkoczy i codziennego wkładania bezkształtnych mundurów. Opowiadają o tym, jak powoli przestawały czuć się kobietami i chociaż wstyd im było za swą próżność, pośród krwi, wszy i głodu, marzyły o sukienkach i pantoflach. Do snu zakładały kolczyki. A pomimo tęsknoty za dawnym życiem, za spokojem, którymi niejako utożsamiały z kobiecą stroną „ja”, potrafiły przetrwać na froncie nieprzerwanie cztery lata.

Drugi temat, który wydaje się wybijać, to moment powrotu do domu. Chwila, w której z odznaczonych bohaterek zmieniały się we wrogów publicznych. Czas, kiedy dla spokoju i wygody powinny pożegnać umundurowanie, schować je w głąb szafy i zapomnieć o wojnie. Udawać, że w niej nie uczestniczyły. Psychologicznie, siłą większości, zostały odsunięte od tworzenia historii. To mężczyznom oddawano głos. Nawet wtedy, gdy Aleksijewicz przychodzi do kobiet, by porozmawiać, dowiaduje się, że ich mężowie udzielili im przeszkolenia – co mówić, gdzie był front, jak wyglądała wojna. Jakby ich, kobieca pamięć była inna, ułomna, gorsza.

Wiele lat po wojnie pewien mężczyzna przyznał mi się, że pamięta mój młody uśmiech. A dla mnie to był zwyczajny ranny, nawet go sobie nie mogłam przypomnieć. Mówił, że ten uśmiech przywrócił mu życie, przywołał go, jak to się mówi, z tamtego świata… Uśmiech kobiety…

Jednak „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” to coś więcej, niż opisy dramatycznych wydarzeń, tęsknota za atrybutami własnej płci i męska dominacja. To także ciekawe studium przypadku wypierania w bardziej wyedukowanych warstwach społecznych prawdziwych wspomnień na rzecz frazesów wykształconych przez oficjalne podręczniki oraz przerażający obraz politycznego oddania, narodowej zazdrości i hipokryzji w ocenianiu tego samego u wroga. Jest jeszcze wszystko to, o czym Aleksijewicz nie pisze lub nie wspominają jej rozmówczynie. Cała ta wiedza ukryta, zatajona prawda, przemilczane wspomnienia; pragnienie mówienia, które później zmienia się w opowieść ciszy.

Moc reportażu „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” nie tkwi w dramatycznych, pełnych okrucieństwa obrazach, z którymi ogólna znieczulica pozwoliła się nam już oswoić. To, co boli najbardziej to fakty powojenne – słowa takie, jak te kierowane do jednej z rozmówczyń przez jej partnera, gdy ją porzucał: „Ona pachnie perfumami, a ciebie czuć onucami i buciorami wojskowymi”; wyzwiska na ulicy; bieda i samotność; pewność tych kobiet, że je pochowano za życia, że o nich zapomniano; przekonanie o ogromnej niesprawiedliwości i krzywdzie. Uwierają także fakty z nowej, powojennej codzienności – płacz, gdy się okazuje, że ubieranie sukienek i pantofelków nie jest już dla nich naturalne oraz nocny krzyk, o którym nie wolno im mówić w ciągu dnia.

To książka, którą powinien przeczytać każdy, nie tylko zwolennicy wiedzy historycznej. Wgryza się w człowieka, wydrapuje sobie miejsce w jego sercu i zostaje tam, wiercąc się nieustannie i przypominając – po raz kolejny – że to człowiek człowiekowi zgotował ten los.

ocena 9

Print Friendly, PDF & Email
Alicja Górska

Alicja Górska

Doktorantka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego zajmująca się przemianami polskiej krytyki filmowej. Absolwentka filmoznawstwa oraz twórczego pisania na Uniwersytecie Łódzkim.
Początkująca pisarka, która wciąż nie może znaleźć czasu, by skończyć drugi tom debiutanckiego cyklu "Przed Czasem".
Amatorka wszelakich tekstów kultury - od kina klasy B do perełek z Sundance, od młodzieżowego fantasy do southern gothic czy Prousta. Perfekcjonistka, która wiecznie znajduje się w niedoczasie. Bywa, żem płaczliwa (co Kamil dzielnie znosi).
Dotychczas współpracowałam z: secretum.pl, duzeka.pl, filmaster.pl, zazyjkultury.pl, organizacją Polacy nie gęsi, Ińskie Point. Moim wcześniejszym projektem był recenzent.com.pl
Alicja Górska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

dwadzieścia osiem − = dwadzieścia

Zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści oraz na fanpage Alice Hill :).

Oglądaj Krytyków na YT! :)

Kolejna lektura:

34% Complete
220 of 650 pages
Partnerzy:
Partnerzy:
Współpraca:
Współpraca:
zBLOGowani.pl