Klątwa StyriiI NARODZIŁ SIĘ WAMP
„Carmilla” Josepha Sheridana Le Fanu jest jednym z ważniejszych utworów XIX wieku. Szczególnie dla rozwoju literatury grozy i fantastyki z tego kręgu. Tekst pozwolił jednak nie tylko na rozwój gatunkowy, ale ukształtował pewne wzorce – zarówno dla późniejszych autorów literackich, jak i filmowych. To właśnie „Carmillę” przyjmuje się za utwór prekursorski dla późniejszego dzieła Brama Stokera, ale również całego nurtu filmowego wampa. Kobieta-demon pełna seksualnego napięcia, przerażająca i pociągająca jednocześnie; Enid Bennett, Mae West, Marlena Dietrich – je wszystkie, świat zawdzięcza przede wszystkim Josephowi Sheridanowi Le Fanu. Podobnie reżyserzy i scenarzyści „Klątwy Styrii” – Mauricio Chernovetzky i Mark Devendorf – zawdzięczają pisarzowi inspirację dla swojego debiutanckiego filmu.

Dr Hill (Stephen Rea) oraz jego córka Lara (Eleanor Tomlinson) udają się w podróż do niewielkiego węgierskiego miasteczka. Mężczyzna ma prowadzić badania nad naściennymi malowidłami w położonym tam zamku, a dziewczyna regenerować siły i zacieśniać relacje ojciec-córka. Podczas jednego z dni Lara staje się świadkiem wypadku samochodowego. Sprawca znika, zostawiając na miejscu roztrzęsioną dziewczynę – Carmillę (Julia Pietrucha). Lara zabiera ją do zamku, by zapewnić jej schronienie, jednak nie informuje o tym ojca. Więź dziewczyn stopniowo przybiera na sile. Wkrótce jednak okazuje się, że chodzi o coś znacznie więcej, niż jedynie przyjaźń czy pożądanie…

Klątwa StyriiReżyserzy zdecydowali się na odświeżenie i uwspółcześnienie XIX-wiecznej historii, chociaż niecałkowite. Mogłabym postawić tutaj pytanie o cel tego zabiegu, jednakże nie sądzę, aby owa decyzja podyktowana była czymś więcej niż czysto pragmatycznym pragnieniem wygody. Zresztą niezależnie od dokonanego, lub też nie, wyboru ogólne założenia i atmosfera pozostają i pozostałyby identyczne, bowiem „moc” produkcji tkwi przede wszystkim w niejasnościach, niedopowiedzeniach i sekretach, a te funkcjonują niezależnie od epoki.

Twórcy „Klątwy Styrii” mieli najwyraźniej podobne do mojego zdanie i całkiem zgrabnie utrzymywali motyw mrocznej tajemnicy przez znaczną część filmu. Zamiary kolejnych postaci oraz ich status ontologiczny pozostawały niejasne, co trzymało w napięciu i zachęcało do śledzenia poczynań bohaterów z niesłabnącą ciekawością i zainteresowaniem. No właśnie – przez znaczną część filmu. Przejście do dosłowności i ostatecznego nadania etykietek zjawiskom i upiorom nastąpiło w produkcji nagle i bez uprzedzenia; „prawdę” filmu oświetlono z zaskoczenia i to boleśnie jasnym światłem, tym samym odbierając jej dwuznaczny charakter, który był tak istotny w utworze literackim. Nie byłoby zresztą w tym nic złego – jednowymiarowe kino rozrywkowe wciąż przecież pozostaje w łaskach odbiorców – niemniej „Klątwa Styrii” nie dość, że miała potencjał inteligentnego fantasy-horroro-thrillera, to tak została zaprojektowana w sferze wizualnej.

Ciemne kadry o małej wartości kontrastów, osnute mgłą tereny, upiornie powykręcane drzewa i sceny kręcone głównie w porze nocnej lub wewnątrz swoistych katakumb. Wybór pory roku także zdaje się nieprzypadkowy – przełom jesieni i zimy to doskonały moment, by w sposób naturalny wprowadzić w kadry ponurość, depresyjność i osnowę tajemniczości. Do tego dochodzi jeszcze miejsce – dość prosta, a nawet prymitywna wioska, także jak na tamte czasy. Wszystko to tworzy duszną i niełatwą w odbiorze sferę wizualną, która nie porywa nawarstwianiem się dynamicznych scen akcji, a niejasnością. Nikt tu nikogo nie zaskakuje. Nie ma duchów czy brzęczenia łańcuchami. Motyw krwi i wampiryzmu ukazany jest subtelnie i dwuznacznie, chociaż – tak jak wspomniałam – nie przez cały film.

Właśnie z powodu tej zmiany, której powodów trudno byłoby szukać pośród logicznych wytłumaczeń, niełatwo byłoby określić target „Klątwy Styrii”. Z jednej strony to obraz dla wielbicieli filmów grozy, zwłaszcza z korzeniami w epoce gotyku; z drugiej zaś, dla widza wymagającego skupienia się twórcy na stronie formalnej; a z trzeciej – ani jednego, ani drugiego.

Zaskoczyła mnie nieco obecność Stephena Rea w filmie nie tyle o podobnej tematyce, co w obrazie debiutanckim. Pamiętam aktora przede wszystkim z filmu „Nic osobistego”, rolą w którym zrobił na mnie nieprzeciętnie dobre wrażenie. Tak, jak i tam, w „Klątwie Styrii” wciela się w postać enigmatyczną i niejasną do określenia w kategoriach moralnych; raz jeszcze to, co wydaje się w nim interesujące, należałoby nazwać czystą „niewiedzą”. Eleanor Tomlinson i Julia Pietrucha powinny raczej zamienić się rolami. Bo chociaż ta druga ma nieco wampiryczną urodę, to jest to wampiryczność bliższa Anne Rice i „Wywiadowi z wampirem”, niż pierwotnym upiorom czy wampom niemieckiego ekspresjonizmu. Jakkolwiek „Klątwę Styrii” stworzono uwspółcześnioną wersją „Carmilli”, to ich wydźwięk pozostałby głośniejszy, gdyby zachować porządek w tym zakresie – wizualizacji głównego wampira.

„Klątwa Styrii”, zwłaszcza z perspektywy produkcji europejskiej, gdzie tradycja kręcenia horrorów jest raczej mało wyraźna (swoją drogą, to bardzo zabawne, że kontynent, który stanowi niejako kolebkę najbardziej rozpoznawalnych demonów na świecie – Dracula, Frankenstein, Jekyll&Hyde – zepchnął film grozy na tak odległy plan), to całkiem udany debiut. Oczywiście mogłoby być lepiej, zwłaszcza, gdyby nie utracono starannie snutego przez większość historii nastroju, jednak na tle premier podobnego gatunku, wypada nad wyraz zachęcająco. Szczególnie dla wymagającego odbiorcy, na którym cienie w kątach i czarne, mokre włosy upiornych kobiet rzucone na twarz nie robią już wrażenia.

 

Publikowano na filmaster.pl

Alicja Górska