hardcorehenry2WALKTHROUGH KINA AKCJI
Osoby, które na pierwszym miejscu stawiają ciekawą, uporządkowaną jasno i logicznie historię, mogą być rozczarowane, bowiem w przypadku „Hardcore Henry’ego” kwestia prawdopodobności zepchnięta została na dalszy plan. Żeby cieszyć się tym filmem zdecydowanie należy zawiesić tego typu oczekiwania.

Są takie filmy, których charakterystyczność nie pozwala na docenienie przez szeroką publiczność, chociaż w pewnym sensie można uznać je za nowatorskie czy przełomowe. Nie są to zwykle obrazy łatwe w odbiorze (nie mam tu na myśli koniecznie trudnego tematu czy „artystycznego” skomplikowania, które w stereotypowym ujęciu przeznaczone są tylko dla wybrańców). „Hardcore Henry” również – jakkolwiek na wskroś popkulturowy i przeznaczony przede wszystkim dla fanów gier video i grania – nie należy do obrazów, które przyswaja się z lekkością. Zwłaszcza, jeżeli na liście schorzeń oglądającego wyróżnić można takie choroby, jak np. padaczka.

hardcorehenryWokół biel. Ascetyczne, nowoczesne pomieszczenie kłuje w oczy jasnością. Tylko kojący kobiecy głos sprawia, że postanawiasz zostać na miejscu, a nie zerwać się z niewygodnego, prostego łóżka. Tymczasem postać w kitlu (Haley Bennett) wydaje maszynom polecenia – najpierw zyskujesz przedramię (wcześniej w jego miejscu ziała przykra pustka), później nogę poniżej kolana. Kobieta zachęca cię do wstania. W kolejnym pomieszczeniu grono radosnych mężczyzn każe wybrać ci głos – jak dotąd nie możesz się odzywać. Niestety, procedurę przerywa nagłe wtargnięcie ponadprzeciętnie silnego, władającego dziwaczną mocą blondyna (Danila Kozlovsky). Wkrótce zyskujesz kilka cennych informacji. Po pierwsze, kobieta w kitlu to twoja żona, której nie pamiętasz. Po drugie, jesteś seryjnym zabójcą. Po trzecie, udoskonalono cię do zabijania. Po czwarte, blondas właśnie porwał twoją ukochaną. Co robisz? Wyjście może być tylko jedno. I to bardzo krwawe.

Zwykle hasła dystrybutorów i marketingowców okazują się mocno przesadzone. Tym razem jednak, zapewnienia Monolithu, że „Hardcore Henry” to „akcja non-stop, stuprocentowy realizm i zero litości” zostały przeze mnie empirycznie potwierdzone. Film w reżyserii Ilya’i Naishullera to po prostu dynamit. Co ja piszę! To cała wiązka dynamitu, cały wagon wiązek dynamitu! Akcja nie zwalnia ani na sekundę. Gdy tylko widz próbuje zaczerpnąć oddechu, odsapnąć nieco, czy nawet mrugnąć – zabawa zaczyna się na nowo. Nawet „Adrenalina” tutaj wysiada. Z kolei wspomniane przymykanie oka grozi pominięciem znaczącej części fabuły. No… może nie fabuły, a po prostu epickiej rozróby.

Po powyższym opisie wydaje się wam, że nieco na wyrost oceniam dynamizm „Hardcore Henry’ego”? Że w blockbusterach i kinie akcji opatrzyły się już wam skoki, strzelanki i ogólna rozwałka? Pora na wisienkę na torcie – otóż cały film kręcony jest jako FPP (z ang. first-person perspective, czyli perspektywa pierwszoosobowa). Widz obserwuje akcję oczami bohatera. Kamera szaleje, w kadrach często znajdują się ręce czy nogi głównej postaci, ale nigdy te części ciała, których zobaczenie bez udziału przedmiotów trzecich nie byłoby możliwe. Kiedy Henry skacze, skacze i kamera. Kiedy Henry spada, sprzęt do filmowania razem z nim. Wszystkie drgania, ciosy, upadki rejestrator obrazu i bohater zaliczają wspólnie. Zdecydowanie urealnia to wrażenia i sprawia, że widz czuje się niemalże uczestnikiem prezentowanych wydarzeń. O ile można tak powiedzieć o nieustannych pościgach, ucieczkach i potyczkach na pięści czy broń palną.

Masz moduł mowy? … Przynajmniej nie jesteś głuchy.  Trzy lata na to czekam, a dostałem Charliego Chaplina.

Drugą rzeczą, która wyróżnia „Hardcore Henry’ego” na tle innych filmów akcji, jest jego naturalizm i brutalność. Wszystkie obrzydliwości, jak zdejmowanie płatów skóry okalających klatkę piersiową, czy odstrzeliwanie głowy karabinem snajperskim, pokazane są z precyzyjną dokładnością. Bohater nie raz i nie dwa przeciera oczy (kamerę) by pozbyć się resztek krwi czy tkanek. Każdy zadany cios, łamanie kości czy eksplodujące ciało, opatrzone są odpowiednio wiarygodnymi dźwiękami (chrzęstami, chlupotami, mlaśnięciami). Jeżeli należycie do wrażliwców, od razu odpuśćcie sobie ten tytuł, bo nic dobrego z tego nie wyniknie.

Usunąłem to, co zbędne… Zbędne dla żołnierza: pamięć, mowa, zmysł smaku.

„Hardcore Henry” to bardzo udany eksperyment zbliżenia gier do kina. Wielokrotnie już udawało się to w druga stronę, zwłaszcza w kontekście estetyki serialowej – wystarczy wspomnieć takiej tytuły, jak „Life is Strange” czy „Until Dawn” – jednak w tym kierunku zawsze coś zgrzytało. Obcowanie z produkcją Ilya’i Naishullera jest jednak faktycznie jak śledzenie bardzo dynamicznej rozgrywki jakiegoś profesjonalnego gracza. Można by ją (tę rozgrywkę) nawet określić mianem „walkthrough”, czyli szybkiego przemknięcia przez grę, bez skupienia na jej wątkach pobocznych i bonusach. Z pewnością jednak eksperyment ten docenią przede wszystkim gracze i fani akcji. Osoby, które na pierwszym miejscu stawiają ciekawą, uporządkowaną jasno i logicznie historię, mogą być rozczarowane, bowiem w przypadku „Hardcore Henry’ego” kwestia prawdopodobności zepchnięta została na dalszy plan. Żeby cieszyć się tym filmem zdecydowanie należy zawiesić tego typu oczekiwania.

77

Publikowano również na: duzeka.pl

Alicja Górska

Wesprzyj nas :)

Wesprzyj nas :)

Krytyki na YT!

logo youtube

Partnerzy:

wydawnictwo literackie
edipresse
wydawnictwo otwarte
zyska i s-ka wydawnictwo
jaguar
państwowy instytut wydawniczy
wydawnictwo dreams
Feeria Young
wydawnictwo czarna owca
Kino Świat

Współpraca:

mediakrytyk
zBLOGowani.pl