moonlightW ŚWIETLE KSIĘŻYCA CZARNI CHŁOPCY WYDAJĄ SIĘ NIEBIESCY
Przyznaję – nie wierzyłem w to, by „Moonlight” miało szansę zgarnąć Oscara za najlepszy film roku. Nie dlatego, że to nie dość dobry film – wręcz przeciwnie, to wyśmienite kino z najwyższej półki. Wydawało mi się po prostu, że Amerykańska Akademia Filmowa nie będzie miała odwagi przyznać, że prosta, skromna, dramatyczna opowieść okazała się lepsza niż wielkie filmowe widowiska, z którymi przyszło jej konkurować.

W 2017 roku do głównego oscarowego wyścigu przystąpiło dziewięć filmów. Każdy z ośmiu konkurentów „Moonlight” startował w tym biegu z lepszej pozycji, aniżeli dzieło Barry’ego Jenkinsa – miały wyższe budżety, bardziej „epickie” historie, „większe” gwiazdorskie nazwiska w obsadach, wyraźniej aktualne politycznie lub społecznie tematy i sensy albo atrakcyjniejszy, mocniej widowiskowy rozmach realizacyjny… albo nawet wszystko to na raz! „Moonlight” musiał zmierzyć się m.in. ze sobą słodko-gorzką barwną bajka o amerykańskim śnie („La La Land”), monumentalnym pomnikiem amerykańskiego heroicznego indywidualizmu („Przełęcz ocalonych”), inteligentną laurką wystawioną amerykańskiemu środowisku akademickiemu („Nowy początek”) czy rozliczeniowo-pochwalnej spowiedzi nawróconego z rasizmu amerykańskiego społeczeństwa („Ukryte działania”). Jak więc ta cicha, niepozorna – chciałoby się rzec: „zwyczajna” – historia mogła z nimi w ogóle stawać w szranki? Otóż mogła; i, jak widać, zdołała to starcie wygrać.

moonlightTrzeba przyznać, że nie tylko publicystyczna nośność tematów, widowiskowość czy kapitał produkcyjny tegorocznych pretendentów do Oscara w kategorii filmu roku stanowiły zagrożenie dla dzieła Jenkinsa. Wbrew temu, co o części z tych dzieł sądzą co poniektórzy, błędem byłoby posądzanie ich o koniunkturalizm; podobnie jak błędem byłoby oskarżanie Akademii o próbę rehabilitacji bądź o narzucanie parytetów dyktowanych potrzebą zachowania politycznej poprawności np. po ubiegłorocznym viralu #OscarsSoWhite czy debacie o sytuacji kobiet w showbusinessie. Jasne, to SĄ dziś nośne tematy. Jasne, nagrodzone filmy SĄ w tym dyskursie osadzone. Ale NIE SĄ to jedyne argumenty przemawiające za uznaniem, z jakim się spotkały nominowane tytuły. To SĄ po prostu dobre – może nawet bardzo dobre – filmy, wszystkie, z bardzo różnych powodów. I właśnie wśród tych (bardzo) dobrych filmów, jak równy z równym, znalazł się „Moonlight”.

Ale dość o Oscarach. W końcu te nagrody to „tylko” symboliczny ekwiwalent uznania, z jakim spotkać mogą się filmy. Dlaczego na uznanie zasłużył właśnie „Moonlight”? Nie będę nawet próbował wymienić wszystkich rzeczywistych powodów, dla których dzieło Barry’ego Jenkinsa mogło zostać okrzyknięte filmem roku. Skupię się jedynie na trzech wybranych aspektach tego filmu, które moim zdaniem zasługują na wzmiankę w pierwszej kolejności.

Po pierwsze: temat. Każdy może nakręcić film poruszający ważne zagadnienia, głośnie komentowane w opinii publicznej. Nie każdy potrafi jednak dokonać tego w umiejętny sposób. W efekcie powstaje wiele kinematograficznych popierdółek, stanowiących ni więcej, ni mniej, tylko cyniczną próbę wybicia się twórców na nośnym temacie. Czasami są to problemy aktualne w konkretnym historycznym momencie i kontekście społeczno-politycznym, innym razem kwestie ponadczasowe i uniwersalne. Uprzedzenia na tle rasowym, religijnym czy orientacji seksualnej, przemoc domowa, geopolityka – to istne „kopalnie złota” dla cwaniaków pragnących ugrać swoje pięć minut na nośnym zagadnieniu. Aby uszczknąć coś ze wspólnego tortu (publicznie komentowanych problemów), wielu twórców jest w stanie żerować na cudzej krzywdzie, w pośpiechu sklecając słabe lub średnie filmy, których budżet i tak się zwróci, właśnie przez ich koniunkturalne dopasowanie do bieżących realiów. Zresztą, dotyczy to nie tylko kinematografii.

Rzadko zdarzają się tytuły, które są prawdziwym, rzeczowym zabraniem głosu w danej sprawie. Jeszcze rzadziej takie, które mogą stać się głosem konkretnych pokoleń czy po prostu konkretnych grup społecznych . „Moonlight” jest właśnie takim wyjątkiem, pozwalającym zrozumieć – przy odrobinie dobrych intencji i empatii – trudy dorastania i życia w, delikatnie rzecz ujmując, niesprzyjających okolicznościach.

Fabuła koncentruje się bowiem na losach Chirona, czarnoskórego chłopaka dorastającego w biednej dzielnicy Miami. Jego życie wydawać by się mogło groteskową kumulacją problemów, gdyby nie to, że… w postaci Chirona, jak w soczewce, skupiają się różne problemy, z którymi (w rozmaitych konfiguracjach) zmagać musi się na co dzień niemały wycinek ludzkości. Jenkins mierzy się z wieloma stereotypami, nie pozostawiając ich bez komentarza – kwestionuje heteronormatywny monolit afroamerykańskiej społeczności; wskazuje na moralną ambiwalencję środowiska półświatka; odrywa figurę niedostosowanych społecznie nerdów od wizerunku białych kujonów w kraciastych koszulach i okularach z rogowymi oprawkami; portretuje patologie z ich przyczynami, nie zaś jako atrakcyjne preteksty dla rozwoju wydarzeń. Przede wszystkim jednak śledzi meandryczne ścieżki kształtowania się tożsamości, a czyni to z rzadko spotykanym wyczuciem, pomimo elips czasowych. I to prowadzi nas do kolejnego punktu.

Przyjdzie czas, kiedy sam zdecydujesz kim będziesz. Nie możesz pozwolić nikomu podjąć tej decyzji za siebie.

Po drugie: narracja. Reżyser „Moonlight” nie tylko mierzy się z trudną tematyką, ale też robi to w klarowny, wyraźnie przemyślany sposób, z pomysłem. To, co dane, ukazane na ekranie, doskonale uzupełnia się z tym, co trzeba sobie dopowiedzieć. Dotyczy to zwłaszcza dominanty koncepcyjnej stojącej za konstrukcją opowiedzianej historii. Otóż Jenkins postanowił podzielić film na trzy segmenty, spośród których każdy obrazuje głównego bohatera w różnych momentach jego życia – jako dziecko, nastolatka i młodego dorosłego. Ten prosty pomysł okazuje się doskonałym narzędziem retorycznym. Dzięki niemu właśnie łatwo dostrzec, jak poszczególne wydarzenia (i okoliczności) z naszego życia potrafią wpłynąć na rozwój konkretnych cech w ramach dalszej socjalizacji i zyskiwania świadomości.

Każdy z aktów, tudzież rozdziałów, zatytułowany jednym z określeń tożsamościowych głównego bohatera, a więc kolejno: jego ksywką z dzieciństwa „Little”, imieniem Chiron oraz kolejnym pseudonimem „Black”. Rozpatrywanie relacji pomiędzy treścią poszczególnych segmentów a ich tytułami otwiera szerokie pole do interpretacji. Każda z „nazw” bohatera pojawia się bowiem w konkretnych okolicznościach i wiąże się z konkretnym zestawem konotacji. W związku z tym można przyjąć, że stanowią one poniekąd klucz interpretacyjny dla charakterystyki chłopaka w kolejnych etapach jego życia, nakreślając obszar ważnych dla niego wartości – co wbrew pozorom nie jest wcale tak oczywiste i banalne, jak mogłoby się zdawać. Ponadto, wszystko „pomiędzy” – procesy prowadzące do przemian, obserwowanych na ekranie (owocujących wrażeniem kontrastu, zwłaszcza pomiędzy aktem drugim i trzecim) – trzeba sobie niejako dopowiedzieć. I właśnie w tym tkwi wartość struktury całego dzieła. Jenkins nie podaje wszystkiego wprost, choć dostarcza nam dość informacji, byśmy sami mogli wysnuć odpowiednie wnioski. Piękne (!) operowanie językiem filmu.

Po trzecie: realizacja. Prostą, acz misterną strukturę filmu tłumaczyć można scenariuszem, za który odpowiada zresztą sam reżyser (pracujący na materiałach do scenariusza przygotowanych przez Tarella McCraneya). Dobry pomysł, nawet najlepsza historia, wymaga jednak stosownego opracowania i realizacji. Również pod tym względem „Moonlight” nie zawodzi. Oglądanie tego filmu w kinie było poruszającym estetycznym przeżyciem, co wynika poniekąd z doskonałego dopasowania do siebie poszczególnych komponentów – od zdjęć, poprzez montaż, po muzykę wszystko tu doskonale do siebie pasuje. Zapewne niemała w tym zasługa Jenkinsa, który jako reżyser spinał całość artystyczną wizją wespół z producentami z Bradem Pittem na czele.

Nominowane do Oscara zdjęcia autorstwa Jamesa Laxtona balansują między surowym naturalizmem a operatorską wirtuozerią. Doskonale uzupełnia je montaż, za który Joi McMillon oraz Nat Sanders również otrzymali w pełni zasłużoną oscarową nominację. Co istotne, obydwa te aspekty realizacyjne dostoswane są do dramaturgii wydarzeń – spowolnienia i nietypowe ujęcia kamery służą podkreśleniu szczególnie ważnych momentów w życiu Chirona. Nie ma tu taniego efekciarstwa, stylistycznych popisów dla samych popisów.

To samo można powiedzieć o aktorstwie, które rozciąga się pomiędzy subtelnością a histerią w zależności od zasadności w poszczególnych scenach. Swoją drogą, na uznanie zasługuje dobór obsady. W ramach castingu udało się świetnie dobrać aktorów wcielających się w Chirona w różnych etapach jego życia. Na poziomie detali mimiki, nie tylko aparycji Alex R. Hibbert, Ashton Sanders i Trevante Rhodes tworzą wiarygodny i spójny portret tej samej postaci, ewoluującej w toku różnych życiowych doświadczeń. Reszta towarzyszących im na planie aktorów również sprawdza się w swoich rolach. Nie bez powodu szczególnie głośno komentowane są kreacje uzależnionej od narkotyków matki Chirona, Pauli, oraz dilera Jualna ‘Blue’. Tę pierwszą bardzo przekonująco zagrała Naomie Harris (znana m.in. ze „Skyfall”), zaś w Blue wcielił się Maharshala Ali („House of Cards”, „Ukryte działania”), który zresztą zgarnął za tę rolę statuetkę Akademii dla najlepszego aktora.

Nie zawsze zgadzam się z werdyktami Amerykańskiej Akademii Filmowej. Zwłaszcza że wielokrotnie w oscarowym wyścigu przegrywały dzieła wybitne i znacznie ważniejsze niż te, które statuetki otrzymały; nie wspominając już o tym, jak wiele doskonałych filmów na przestrzeni choćby ostatnich dwóch dekad nawet nie dostawało stosownych nominacji. Tym razem jednak, mimo że osobiście kibicowałem innemu tytułowi, szczerze cieszę się z wygranej „Moonlight”. Jakkolwiek podchodzę z pewną dozą dystansu do wszelkich parametryzacji, całkowicie rozumiem też wyśmienite wyniki ocenowe tego filmu na agregatorach krytycznofilmowych, oscylujące w granicach 97% (Rotten Tomatoes) czy 99/100 (Metacritic), świadczące o uznaniu ze strony krytyków. Również „zwykli widzowie” wyraźnie docenili film Jenkinsa, co powinno być zrozumiałe, a z jakiegoś powodu wydało mi się zaskakujące, rzecz jasna w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Kamil Jędrasiak

dr Kamil Jędrasiak – asystent na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego zajmujący się związkami gier, kina i innych mediów, a także szeroko rozumianą kulturą graczy. Stopień doktora uzyskał po napisaniu dysertacji pod tytułem: „Gracz jako model uczestnika współczesnej kultury”.
Aca-geek – badacz i fan. Miłośnik popkultury i awangardy, dźwięków i obrazów, słów i gestów, Alicji i bycia z Alicją. 🙂
Zawsze pomiędzy, wiecznie zajęty, zwykle zmęczony, często spóźniony (bo ciągle w biegu).
Wieloletni szef działu filmowego polter.pl. Twórca i koordynator projektu eduGRAcja. Współpracowałem również m.in. z redakcjami: Kino, Ińskie Point, BOLD Magazine, Atraktor, Kwartalnik Filmowy, duzeka.pl.
Kamil Jędrasiak

Zostaw komentarz w sposób, jaki lubisz najbardziej! :)

Wesprzyj nas :)

Wesprzyj nas :)

Krytyki na YT!

Partnerzy:

business and culture
wydawnictwo literackie
edipresse
SQN
wydawnictwo otwarte
wydawnictwo axis mundi
zyska i s-ka wydawnictwo
jaguar
drageus
państwowy instytut wydawniczy
wydawnictwo dreams
Feeria Young
wydawnictwo czarna owca
rebis
CinemaPm
Kino Świat
woblink
gandalf
bookmaster

Współpraca:

secretum
duzeka
mediakrytyk
zBLOGowani.pl