serce z popiołuKIEDY POWIEDZIEĆ SOBIE: „DOŚĆ”?
„A miało być tak pięknie. Miało nie wiać w oczy nam. I ociekać szczęściem. Miało być „sto lat! sto lat!” – powinni już drugi tom śpiewać bohaterowie serii autorstwa Kathrin Lange. Ale miłość to nie nauka ścisła, jak w życiu. Nawet kiedy „rzeki przepłyniecie, góry pokonacie, wielkim lasem pójdziecie, nocy nie prześpicie” może okazać się, że coś (znowu) stanie wam na drodze. Juli i David, protagoniści cyklu „Serce ze szkła”, wiedzą o tym doskonale. Co więcej, w finalnej odsłonie trylogii pt. „Serce z popiołu” los ich podczas utrwalania tej wiedzy nie oszczędza.

Było już różowo, było już błękitno-turkusowo, a teraz jest… znowu błękitno. Kolorystycznie okładka „Serca z popiołu” nie wnosi więc nic bardzo nowego, co mnie w sumie nieco zaskoczyło. Na miejscu jest też niezmiennie żeliwny płot, pełen delikatnych, pozawijanych ornamentów, które – jak to już zwykło bywać – wydają się bardziej mroczne niż urocze. Powtarzalnej całości dopełnia szklane serduszko. Początkowo w całości, później pokruszone, teraz zmieniło się w pył. Spora zmiana nastąpiła z kolei, jeżeli chodzi o tło za ogrodzeniem – dotąd była to zwykle woda i wyspa, tym razem autorzy postawili na kłębowisko chmur. Czyżby chodziło o jakiś rodzaj niepewności? W końcu, skąd mamy wiedzieć, co się za tą bielą obłoków skrywa?

serce z popiołuCharlie żyje. Ostatnie siedem miesięcy okazało się jedynie dramatyczną mistyfikacją. Ale dlaczego? Jakie powody dla swojej nieobecności poda dziewczyna? Czy ktoś wiedział, że tak naprawdę nie umarła? I najważniejsze – co zmieni się po jej powrocie? To miał być ostatni pobyt Juli i Davida na Martha’s Vineyard, tymczasem wszystko wskazuje, że może to być dopiero początek nowej wersji historii. Wersji, w której nie Julii, lecz Charlie stoi u boku Davida. To doskonały moment, by klątwy i legendy zajaśniały w pamięci bohaterów pełnym blaskiem. Bo czy przy takiej liczbie zwrotów akcji i drastycznych wydarzeń można jeszcze nie wierzyć w sytuacje nadprzyrodzone? I czy wiara lub niewiara może mieć jakieś znaczenie w obliczu faktów? Madeleine Bower z pewnością nie da tak łatwo zepchnąć się w granice nieistnienia, raz po raz udowadniając Julii, że jest czymś więcej niż zjawą. Podobnie jak Charlie, która za cel postawiła sobie przypomnieć Davidowi, kto go kocha najbardziej.

Są takie powieści, których akcję łatwiej streścić wskazując, czego w nich nie ma niż wymieniając elementy, które w nich występują. Cały cykl „Serce ze szkła” wprost kipiał od nagromadzenia dramatów, tajemnic i nagłych zwrotów akcji, ale dopiero „Serce z popiołu” ustanowiło nową granicę w tym względzie. Częstotliwości weryfikowania „faktów” o przeszłości bohaterów, ilość re-analiz sytuacji oraz emocji; wielokrotne wyznawanie „prawdy”, by później wyznać prawdę o „prawdzie” – mogą przysporzyć o ból głowy nawet najbardziej wprawionych w literackich wojażach czytelników. W tej serii od początku nic nie było pewne, ale w „Sercu z popiołu” należy wątpić dosłownie we wszystko. Każde zdanie może być fałszywe.

I nie chodzi wyłącznie o trudność w określeniu stanu ontologicznego świata przedstawionego. Oczywiście w tekście wciąż – tak, jak w poprzednich tomach – nawarstwiają się elementy paranormalne, zaburzenia psychologiczne i zwykłe zagrywki podłych postaci, ale nie one są powodem nieustających wątpliwości odbiorcy. Najważniejszym dla nich powodem okazuje się niezdecydowanie i zagubienie samych bohaterów, ich nielogiczne zachowania i absurdalne, oderwane od zdrowego rozsądku decyzje. Rozwoju akcji tej powieści nie da się przewidzieć nie dlatego, że została umiejętnie i przemyślanie poprowadzona, ale dlatego, że autorka ewidentnie zawsze wybierała to rozwiązanie fabularne, które w danym miejscu było najmniej sensowne. Co ciekawe jednak, pomimo nagromadzenia podobnie dziwacznych i miejscami irytujących decyzji pisarki, powieść nie pozwala się od siebie oderwać. Wszystko jest tak hipnotyzująco pokręcone, że dopiero – niestety, akurat bardzo przewidywalny – finał rozluźnia kleszcze, w jakich znajdował się czytelnik przez cały czas przewracania stron książki.

W milczeniu wpatrywałam się w plecy Davida. Niósł Charlie tak, że jej głowa spoczywała na jego ramieniu. Miała wprawdzie zamknięte oczy, lecz byłam gotowa przysiąc, że wcale nie jest nieprzytomna. Wyglądała raczej jak kobiety z dziewiętnastego wieku, które padały zemdlone, by zwiększyć dramatyzm swojego wystąpienia. Jeśli z nich właśnie brała przykład, musiałam przyznać, że jest świetną aktorką. Zmyliła przecież Walta.

Zdecydowanie najsłabszym elementem tej historii – od samego zresztą początku – jest wątek romansowy Julii i Davida. Para szybko zapałała do siebie uczuciem, ale pomimo upływu czasu ich relacja stoi w miejscu. Siedem miesięcy wydaje się czasem więcej niż wystarczającym, by kochający się ludzie zaczęli sobie ufać. Ale nie w przypadku tego duetu. Julii i David wciąż się oszukują albo opowiadają sobie półprawdy. Co więcej, ich związek wydaje się chwilami nosić znamiona patologii, co nie jest niemożliwe, ale przy wyraźnej gloryfikacji ich uczucia wzbudza poważny niepokój. Czy takie wzorce powinniśmy przyjąć? Że miłość doskonała, to miłość cierpiąca, w której jedna osoba sprawia drugiej nieustający ból? Nawet wtedy, gdy nie ma ku temu absolutnie żadnych powodów? Julii z pierwszego tomu „Serca ze szkła” była pełną energii, rezolutną dziewczyną. Kolejne odsłony cyklu stopniowo odbierały jej radość z życia. W finale to już ktoś z wyraźnymi objawami manii i depresji. A przecież miłość jest piękna! Uskrzydla, a nie na żywca wyrywa ze skrzydeł pióra, by ostatecznie urżnąć je przy samej kości bez znieczulenia.

Językowo nic się nie zmieniło. Historia pozostaje rzeczą opisaną w sposób niewyszukany i typowo beletrystyczny. Przez całość mknie się, jakby w czytelnicze plecy ciskał podmuchy huragan. Muszę jednak oddać autorce sprawiedliwość, jeżeli chodzi o wykreowanie surrealistycznej atmosfery. Obraz pianina stojącego na molo, przy smętnej plaży i ostrych klifach oraz dźwięki niosącej się na porywistym wietrze melancholijnej melodii w podobnej aurze, zostaną ze mną na zawsze. Mam nadzieję, że zobaczę kiedyś podobne kadry w jakimś filmie lub serialu.

Ostatni tom serii autorstwa Kathrin Lange przyniósł spodziewane niespodziewane rozwiązania oraz nietrudny do przewidzenia finał. Pomimo rozlicznych alogiczności i chwilami irytującego, nachalnego gubienia czytelnika „Serce z popiołu” okazało się – podobnie jak poprzednie części cyklu – z niejasnych do końca powodów wciągające i uzależniające. To nienajlepsza powieść i nienajlepsza seria, ale ze względu na mnogość tajemnic, ontologiczne niejasności i dynamiczną akcję można z niej czerpać sporo frajdy. Zwłaszcza, jeżeli potrzebujecie odpoczynku i oderwania od trudów codzienności.

Alicja Górska