Gra Endera

WOJENNE ROZGRYWKI
W przypadku „Gry Endera” oczywistym było już przed premierą, że film wzbudzi sporo skrajnych emocji. Nawet nie dlatego, że literacki pierwowzór autorstwa Orsona Scotta Carda dostarczał materiału, który wystarczyłby na ożywioną reakcję części widzów. Raczej z uwagi na sam fakt bycia ekranizacją głośnej powieści. Dziś można jednak spokojnie uznać, że nie wywołał on fali kontrowersji w związku choćby z zamysłem fabularnym, sprzyjającym dyskusjom na temat etyki.

Ba, filmowa odsłona „Gry Endera” zasadniczo przeszła w Polsce bez echa, pomimo intensywnych działań promocyjnych. To o tyle zaskakujące, że w gruncie rzeczy film jest dobry, dostarcza przyzwoitą porcję rozrywki, a do tego porusza kilka interesujących kwestii w bardzo przystępny i zrozumiały sposób. Decydując się na seans, nie należy spodziewać się żadnych odkrywczych spostrzeżeń o życiu czy refleksji na poziomie mistrzów sci-fi. To po prostu ciekawa i fajnie opowiedziana historia, która w swojej prostocie nie jest typowym „odmóżdżaczem” opartym jedynie na atrakcji audiowizualnej.

Gra EnderaW roku 2070 cały świat żyje wspomnieniem inwazji obcych, którą przed czterdziestoma laty udało się udaremnić. W obawie przed kolejnym starciem, Ziemianie postanowili przygotować się do ponownej konfrontacji z kosmitami. W związku z tym powołano do życia projekt, polegający na organizowaniu wojskowego poboru dla osób młodych, już na etapie dzieciństwa, u progu dojrzewania. Dzieci, wychowane na grach, a do tego pozbawione zahamowań i ograniczeń wynikających z dorastania, zdają się bowiem znacznie skuteczniejszymi strategami w obliczu nieznanej cywilizacji wroga. Tytułowy Ender, a właściwie Andrew Wiggin, jest jednym z takich rekrutów. Fabuła skupia się na jego losach, począwszy od zaciągnięcia do armii, poprzez szereg treningów i szkoleń, dowodzących wyjątkowego talentu młodzieńca.

Choć realia świata przedstawionego pozwalały na stworzenie spektaklu, który przyćmić mógł samą historię, Gavin Hood zdołał zachować równowagę pomiędzy powyższymi aspektami. W efekcie, historia Andrew Wiggina opowiedziana została w bardzo interesujący i klarowny sposób, z uwzględnieniem licznych emocjonalnych meandrów, a jednocześnie z niemałym rozmachem formalnym. Najważniejsze jest jednak to, że narrację poprowadzono na tyle umiejętnie, że konsekwentnie budowany dramatyzm załamuje się w takim rytmie, w jakim powinien (choć w nieco zbyt błyskawicznym tempie), by bliżej finału wywrzeć spore wrażenie na widzach. Czy pozytywne, czy nie – to już kwestia indywidualna, bo zakończenie nie należy do standardowych. Jeśli czytaliście książkę, to wiecie dlaczego; jeśli nie – nie będę psuł Wam zabawy.

Czytelnicy obeznani z literacką wersją „Gry Endera” sami najlepiej ocenią zmiany poczynione względem niej przez reżysera. Moim zdaniem najważniejsze jest to, że film Hooda wypada dobrze po prostu jako opowieść filmowa. Droga, jaką główny bohater przechodzi między innymi pod okiem szkolącego go pułkownika Hyruma Graffa stanowi ciekawą historię, którą chce się poznać. Efekty wizualne podporządkowane są narracji, będąc przy tym zróżnicowanymi estetycznie, z uwagi na ciekawe rozwiązania zastosowane przy ukazywaniu gier wideo i symulacji. Ostatnim szlifem jest świetna ścieżka dźwiękowa, a zwłaszcza muzyka, za którą odpowiada Steve Jablonsky – obok nienachalnych kompozycji ilustracyjnych, zawiera ona kilka zapadających w pamięć utworów, ze świetnym „Peace Sword (Open Your Heart)” zespołu The Flaming Lips na czele.

Również obsada aktorska prezentuje bardzo przyzwoity poziom. Asa Butterfield jako Ender jest odpowiednio „wyjątkowy”, Harrison Ford wcielający się w płk. Graffa sprawia wrażenie silnie zaangażowanego w sprawę, a Moises Ariad w roli zwaśnionego z protagonistą Bonzo Madrida sprawnie odgrywa zawiść i nadwątlone siłą rywala ego. Poza tym Abigail Breslin, Ben Kingsley, Viola Davis, Hailee Steinfeld i inni, obsadzeni w pomniejszych rolach, również wypadli całkiem nieźle (niestety, w większości jedynie nieźle). W dodatku Kingsley został wtłoczony w kliszę, do której trafił już jakiś czas temu, jednak należy przyznać, że z zadania wywiązał się zawodowo.

Przy tych wszystkich zaletach na pewno wskazać można kilka wad, chociaż zaledwie jedna z nich wydaje się znacząca na tyle, by również o niej wspomnieć. Otóż ostatnia scena w filmie, pełniąca funkcję swoistego epilogu po sekwencji finałowej, sprawia wrażenie zrobionej niejako z przymusu. Tyle, że nie została wcale dodana na potrzeby filmu. Co więcej, jest ona istotna z punktu widzenia psychologii postaci i konkluzji dla wymowy całości utworu. Tym niemniej, w kinowej adaptacji „Gry Endera” odczuć można przedziwny kontrast między nią a resztą filmu. Być może jest to wyłącznie indywidualne wrażenie, ale w moim wypadku było ono na tyle silne, że mocno rzutowało na ogólną ocenę. Należy dodać, że choć zakończenie filmu zbliżone jest do epilogu w książce Orsona Scotta Carda, to w kilku aspektach różni się od niego. Rzecz w tym, że wprowadzone zmiany znacząco wpływają na wymowę utworu, która w przypadku literackiego pierwowzoru była zdecydowanie bardziej gorzka i spójna.

Publikowano również na: polter.pl

Kamil Jędrasiak

Zostaw komentarz w sposób, jaki lubisz najbardziej! :)

Wesprzyj nas :)

Wesprzyj nas :)

Krytyki na YT!

This error message is only visible to WordPress admins

Warning: The account for krytyk.com.pl needs to be reconnected.
Due to Instagram platform changes on March 2, 2020, this Instagram account needs to be reconnected to allow the feed to continue updating. Reconnect on plugin Settings page

Partnerzy:

business and culture
wydawnictwo literackie
edipresse
SQN
wydawnictwo otwarte
wydawnictwo axis mundi
zyska i s-ka wydawnictwo
jaguar
drageus
państwowy instytut wydawniczy
wydawnictwo dreams
Feeria Young
wydawnictwo czarna owca
rebis
CinemaPm
Kino Świat
woblink
gandalf
bookmaster

Współpraca:

secretum
duzeka
mediakrytyk
zBLOGowani.pl