grinchPODNIEŚ NOS ZNAD PORTFELA

„Grinch: Świąt nie będzie” w reżyserii Rona Howarda to już produkcja kultowa. Historię stwora, który nie znosił Bożego Narodzenia, ogląda się jak odtrutkę – przynajmniej do pewnego stopnia – między kolejnymi słodkimi opowiastkami o magii grudniowej nocy. W tym roku do kina trafiła animowana wersja tej opowieści w reżyserii Yarrowa Cheneya i Scotta Mosiera zatytułowana po prostu „Grinch”.

Grinch (Benedict Cumberbatch/Jarosław Boberek) mieszka na niedostępnej górze, u której stóp leży Ktosiowo – pełne uroku, przyjacielskie miasteczko, zamieszkałe przez wprost uwielbiających Boże Narodzenie mieszkańców. Dla tytułowego bohatera jest to jednak najgorszy dzień w roku. Gdy burmistrz miasta ustala, że tegoroczne Święta mają być trzy razy bardziej wystawne, Grinch nie wytrzymuje. Postanawia, że w tym roku ostatecznie zniszczy Boże Narodzenie. Pomóc ma mu w tym oddany pies Max. Zbieg okoliczności sprawia jednak, że na drodze zielonego marudy staje pewna dziewczynka, Cindy-Lou Who (Cameron Seely/Lila Wassermann) z niezwykłą misją…

grinchGrinch to fikcyjna postać stworzona przez Dr. Seussa (słynnego autora historii dla dzieci) pod koniec lat 50. Na przestrzeni lat wcieliło się w niego wielu znamienitych aktorów, sprawiając, że dzisiaj historię okrutnika, który postanowił zniszczyć Gwiazdkę można uznać za jedną z najbardziej popularnych współczesnych baśni. Od ostatniej, najpopularniejszej chyba aktualnie, adaptacji bajki z Jimem Careyem w tytułowej roli minęło już 18 lat. Do filmu podeszłam jednak bez większych oczekiwań. Chociażby dlatego, że Grinch nie ma w moim sercu jakiegoś wyjątkowego miejsca (tak jak „Kevina”, nie oglądało się go u mnie w domu, odkryłam film dopiero później na własną rękę).

Najnowsza wersja historii Dr. Seussa różni się nieco od swoich poprzedniczek. Uaktualniona została o współczesne problemy społeczne, choć wciąż jej głównym celem pozostaje próba zdefiniowania, o co tak naprawdę chodzi w Świętach (podpowiem, że nie o drogie prezenty, choinkę i górę jedzenia). Nie da się ukryć, że scenarzyści postawili przede wszystkim krytykę konsumpcjonizmu, co czynią w sposób raczej bezpośredni i wieloma kanałami – z jednej strony na poziomie wizualnym kontrastując przepych świątecznej codzienności Ktosiów z dotychczasowym żywotem Grincha, z drugiej strony wkładając w usta bohaterów odpowiednie opinie. Cel przyświeca więc animacji godny, sęk w tym, że sama animacja…

…jest po prostu nijaka. Na kinowej sali poza mną znalazło się kilkoro dzieciaków w różnym wieku. Żadne z nich nie reagowało żywiołowo. Żaden, nawet najbardziej niemrawy śmiech nie przetoczył się między rzędami siedzeń (chociaż może to i dobrze, że studio odpowiedzialne za serię o Minionkach odeszło od typowego dla siebie poganiana gagów gagami). Nie było okrzyków dopingu ani słów nagany. Co więcej, ekspozycja i nakreślenie kontekstu zajęło twórcom naprawdę sporo czasu (zwłaszcza jak na 90-minutową produkcję), tak że od pewnego momentu można było już rozważać ucięcie komara. Gdy w końcu doszło do zasadniczej akcji, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Przemiana Grincha nastąpiła w trybie ekspresowym, bez miejsca na głębsze dywagacje i zrozumienie swojego postępowania. Przyćmiło to nieco wydźwięk samej produkcji, choć sensów – również nieoczywistych na pierwszy rzut oka – było tu sporo.

Grinch w najnowszej animacyjnej odsłonie nie jest wcale taki zły. Jasne, ma pretensje wobec Ktosiów, ale w pewnym sensie uzasadnione. Z retrospekcji widz dowiaduje się, że bohater wychował się w domu dziecka. Podczas gdy w Święta wszyscy zajadali się pysznościami, otwierali kolorowe prezenty i śpiewali kolędy, on przesiadywał w wielkim pustym sierocińcu. Przez te wszystkie lata żaden z – ciepłych przecież rzekomo i pomocnych – Ktosiów nigdy nie wyciągnął do niego pomocnej dłoni. Nikt nie zaprosił go do stołu, nie dał prezentu, nie zachęcił do wspólnego kolędowania (ani jako dziecku, ani jako dorosłemu). Nic więc dziwnego, że patrząc na niezainteresowane nim roześmiane buzie innych ludzi, obserwując rzeczy, których sam nie miał szansy doświadczyć, znienawidził Boże Narodzenie. Rodzi się pytanie: gdzie wtedy byli Ktosie? Pewnie zbyt zajęci swoim konsumpcjonizmem.

W filmie pojawiają się też inne intrygujące i warte uwagi elementy – np. wspomniana wcześniej w opisie dziewczynka pochodzi z rodziny bez ojca. Nie wiadomo jednak, co się z nim stało. Nikt go nie wspomina, nie tęskni za nim, chociaż najmłodszy członek rodziny jest jeszcze bobasem. Przez brak komentarza produkcja zdaje się kreować akceptację dla innych niż „tradycyjne” modeli rodziny. Jest to jednak wyłącznie pewien smaczek, dodatkowa treść ukryta między kartami raczej mdłej opowieści. Niemniej film posiada także zalety. Klasycznie baśniowego charakteru historii pilnuje urokliwy narrator, serwujący widzom rymowane informacje na temat tego, co się dzieje lub zaraz się wydarzy. Szkoda jedynie, że niedane jest polskim widzom poznać go w oryginale, bo do dystrybucji film trafił tylko w wersji dubbingowanej. Natomiast polskiemu dubbingowi nie można niczego zarzucić.

Muzyka za to jest świetna! „You’re A Mean One, Mr. Grinch” w wykonaniu Tylera, The Creatora idealnie wpisuje się w karykaturalny na poziomie estetycznym klimat produkcji. Połączenie podobnie nowoczesnych utworów z klasycznym – choć niekoniecznie klasycznie wykonywanymi – kolędami, jak „God Rest Ye Merry Gentlemen” (wykonanie Pentatonix) daje przyjemny efekt zróżnicowania. Dźwiękowej spójności dopełniają kompozycje Danny’ego Elfmana, jednego z moich ulubionych autorów muzyki filmowej.

„Grinchowi” można sporo zarzucić, wciąż jednak jest to opowieść z wartościowym przesłaniem, uwzględniająca współczesne problemy ludzkości. Film Cheneya i Mosiera wyparuje Wam z głów niedługo po seansie, z pewnością nie zwiększając trzykrotnie serca, ale w tegorocznym repertuarze kinowym próżno szukać czegoś ciekawszego na familijny seans. Innymi słowy – „Grinch” to poprawnie poprowadzona, niepozbawiona zupełnie uroku baśń, która wraz z upływem czasu przepadnie gdzieś w odmętach filmowej historii, nie odbierając tronu poprzednim ekranizacjom tej historii.

 

Alicja Górska

Doktorantka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego zajmująca się przemianami polskiej krytyki filmowej. Absolwentka filmoznawstwa oraz twórczego pisania na Uniwersytecie Łódzkim.
Początkująca pisarka, która wciąż nie może znaleźć czasu, by skończyć drugi tom debiutanckiego cyklu "Przed Czasem".
Amatorka wszelakich tekstów kultury - od kina klasy B do perełek z Sundance, od młodzieżowego fantasy do southern gothic czy Prousta. Perfekcjonistka, która wiecznie znajduje się w niedoczasie. Bywa, żem płaczliwa (co Kamil dzielnie znosi).
Dotychczas współpracowałam z: secretum.pl, duzeka.pl, filmaster.pl, zazyjkultury.pl, organizacją Polacy nie gęsi, Ińskie Point. Moim wcześniejszym projektem był recenzent.com.pl
Alicja Górska

Zostaw komentarz w sposób, jaki lubisz najbardziej! :)

Wesprzyj nas :)

Wesprzyj nas :)

Krytyki na YT!

Partnerzy:

business and culture
wydawnictwo literackie
edipresse
SQN
wydawnictwo otwarte
wydawnictwo axis mundi
zyska i s-ka wydawnictwo
jaguar
drageus
państwowy instytut wydawniczy
wydawnictwo dreams
Feeria Young
wydawnictwo czarna owca
rebis
CinemaPm
Kino Świat
woblink
gandalf
bookmaster

Współpraca:

secretum
duzeka
mediakrytyk
zBLOGowani.pl