DUŻY MIŚ O MAŁYM ROZUMKU
Chciałabym być Stephenem Kingiem, Richardem Bachmanem albo Johnem Swithenem. Albo chociaż Joe Hillem (byłabym wtedy bliżej wymienionej trójki). Jestem jednak Alicją Górską i maksymalną bliskość, jaką mogę osiągnąć do każdego z tych pisarzy jest – i najpewniej zawsze będzie – czytanie ich książek. Podziwiam ich, doceniam i staram się czerpać z doświadczenia, którym raczą dzielić się ze światem. Taki „Blaze” udowodnił mi na przykład, że nawet najbardziej antypatyczny z pozoru bohater może być postacią smutną i godną współczucia czytelnika.
Kin… ekhm… Bachman, to mistrz mikrohistori. Gdyby zastanowić się nad wydarzeniami, które rzeczywiście rozgrywają się na tych niemalże 300 stronach, można by dojść do wniosku, że fabularnie nie dzieje się w „Blaze’ie” zbyt wiele. Większość bowiem rozgrywa się w pamięci bohatera, jego przeżyciach i dramatach. To właśnie ich opisy zresztą kształtują podejście czytelnika do Blaze’a. Bez nich pozostałby jedynie przygłupim złodziejaszkiem z absurdalnym i z góry skazanym na porażkę pomysłem. Tymczasem Clay budzi współczucie. Skłamałabym wierutnie, gdybym powiedziała, że nie płakałam w niektórych momentach powieści. Łzy spadały na nieszczególnie wysokiej jakości papier, a ja, chociaż zaryczana, cieszyłam się, że książka nie jest pożyczona.
Świat jest brudny, a im dłużej się człowiek na nim obraca, tym bardziej nasiąka tym brudem.
Rzecz jasna, łza żadna, by na arkusze nie spłynęła, gdyby nie niebanalne metafory i bezpośrednie, a jednak z dozą jakiegoś artyzmu, prowadzone opisy i dialogi. Wiem, że brzmieć mogę teraz jak psychofanka, prawda jest jednak taka, że akurat umiejętności konstruowania zdań – i samej chęci do skupienia na tej wirtuozerii – mógłby pozazdrościć Kingowi niejeden wysoko ceniony pisarz. U mistrza grozy uwielbiam jeszcze niestronienie od wulgarnego języka. I w „Blaze’ie” pojawia się kilka przekleństw, są one jednak dopasowane do sytuacji, bohaterów i ogólnej atmosfery powieści. Wszystkim tym, których wulgarność językowa drażni, chciałabym rzec, że dla mnie urealnia ona bohaterów. Nie ma się, co oszukiwać – my, ludzie, klniemy na potęgę (oczywiście z wyjątkami).
„Blaze” nie jest typową dla Kinga (Bachmana) powieścią. Mniej w niej grozy, a więcej akcji i melancholii. Dużo też smutku i poczucia niesprawiedliwości. Niezmiennie pozostaje jednak tekstem doskonałego rzemieślnika i reprezentuje wysoki poziom literacki. Bolesnym jest, dla pisarzy amatorów, wierzyć, że taka perełka to tylko jeden z kurzących się od lat w kingowym biurku manuskryptów, który autor zdecydował się wydać, by sprzedażą kolejnych tomów wesprzeć jedną z fundacji charytatywnych. Podziwiam, zachwalam, polecam.