silenceCISZA PRZED BURZĄ
Natasha Preston dała mi się poznać poprzez „Uwięzione” jako sprawna autorka-rzemieślniczka. Historia o porwanej i przetrzymywanej w piwnicy dziewczynie może nie zwaliła mnie z nóg, ale wciągnęła wystarczająco bym wpisała Preston na listę obserwowanych twórców beletrystyki. Drugie spotkanie z autorką – poprzez „Silence” – wywołało na podstawowym poziomie podobne emocje. Okazało się absorbujące, ale również pozbawione „tego czegoś”.

W okładce historii Preston zakochałam się jednak natychmiast. Niby nie dzieje się tutaj nic niezwykłego, ale kombinacja wypłowiałych kolorów ma w sobie coś magnetycznego. Przedstawiona od tyłu postać, z długimi targanymi wiatrem włosami, wydaje się błądzić we mgle. Oczami wyobraźni widziałam przykrywającą świat mleczną powłokę i słyszałam… no właśnie, nic. Może jedynie jakiś szelest wiatru. Przypomniały mi się nieliczne (być może dlatego wciąż nie zatarły się w moich wspomnieniach) poranne spacery w rodzinnych stronach, gdzie wiosną lub latem o świcie wiślane rozlewiska tonęły we mgle.

silenceJednego można być pewnym – 16-letnia Oakley jest niezwykle wytrwała. Nie mówiąca od piątego roku życia bohaterka nie doznała bowiem żadnego fizycznego urazu np. krtani, który odebrałby jej zdolność werbalnej komunikacji, lecz sama postanowiła nie wypowiedzieć już żadnego słowa. Mimo upływu lat, szlochów matki i zachęt najlepszego przyjaciela, Cole’a, Oakley uparcie milczy. Dlaczego? Wydaje jej się, że tajemnica, którą dźwiga od dziecka mogłaby zagrozić jej rodzinie. By chronić najbliższych jest gotowa nawet na przymusową alienację od rówieśników – niejako efekt uboczny milczącego wyboru. W ciszy jednak mogą dziać się i rzeczy piękne. Przyjaźń Cole’a i Oakley bez zająknięcia powoli zmienia się w coś więcej. Czy ewolucja ich relacji przekona dziewczynę do wyjawienia prawdy o przeszłości?

„Silence” wydaje się bardziej interesujące z opisu, niż jest w rzeczywistości. Tak naprawdę historia Preston zasadza się na prostym koncepcie odwlekania prawdy dotyczącej przeszłości Oakley. Przez kilkadziesiąt pierwszych stron dałam się złapać w pułapkę. Mknęłam przez kolejne fragmenty tej historii, zadając sobie pytanie, co też skłoniło tę biedną dziewczynę do zawarcia z sobą paktu milczenia. Sęk w tym, że po tych kilkudziesięciu stronach wiedziałam już, co w trawie piszczy. Preston starała się być subtelna w swoich podpowiedziach, ale reakcje protagonistki na obecność i gesty konkretnych członków rodziny oraz rówieśników były bardzo jednoznaczne. Niepewna pozostawała tylko kwestia szczegółów traumatycznego wydarzenia z przeszłości.

Czemu to wszystko musiało być tak skomplikowane? Gdybym tylko mogła położyć się spać i obudzić się jako inna osoba – nieważne kto – nie wahałabym się ani sekundy.

Postępujący z powodu brak tajemnicy i zaintrygowania czytelniczy marazm sprawił, iż moje skupienie z chęci rozwikłania zagadki przeszło na samą konstrukcję powieści, a ta nie ma wiele do zaoferowania. Oakley – nie twierdzę, że bez powodu – nieustająco użala się nad sobą, bzdyczy na otoczenie lub po prostu płynie z prądem. Byłam rozczarowana, że dziewczyna, która tak twardo realizuje swoje postanowienie, ma równie nijaki charakter. Jest w tej jej „nijakości” oczywiście pewien urok. Jak w płatkach kwiatów niesionych przez wiosenny podmuch. Niestety, wszystko, co jednostajne w końcu robi się mało atrakcyjne.

Preston za wszelką cenę stara się ratować sytuację wątkiem miłosnym, który ma oderwać czytelników od wrażenia nudy i trzeba przyznać, że częściowo jej się to udaje. Autorka postawiła na starą prawdę, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje. Można się z nią oczywiście spierać, ale jeżeli mam być szczera, to ja mogę rzecz empirycznie potwierdzić. Prędzej czy później – nawet w ramach eksperymentu – pragnie się czegoś więcej. Jeżeli jeszcze Wam się to nie przydarzyło, to albo się dopiero przydarzy, albo po prostu zdążycie/zdążyliście zakończyć/osłabić znajomość zanim któreś z Was wyjdzie/wyszło z podobną inicjatywą – oto moje zdanie. W powieściowym wątku ciekawe i fajne jest to, że przyjaźniący się od najmłodszych lat bohaterowie nie zarzekają się – jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach – iż nie mogą sobie na głębsze uczucia pozwolić. Niespiesznie i nie bez pewnych obaw, ale pozwalają sobie utonąć w rodzących się emocjach.

Nawet, jeśli będziesz je szorować, dopóki nie zejdzie ci skóra, i tak nie będziesz czysta.

Dwie są rzeczy w powieści Preston, które sprawiły, że moja ogólna ocena książki podskoczyła. Po pierwsze, kwestia milczenia Oakley. Okazało się, wbrew moim pierwotnym przypuszczeniom, że nie chodzi tutaj wyłącznie o niewydawanie dźwięków. Protagonistka nie wysyła smsów, nie pisze karteczek, nie komunikuje monologów gestami. Przekazuje jedynie proste komunikaty – kiwa głową na tak lub nie, wywraca oczami, ruchem ręki wybiera dania z karty albo proponowane filmy itp. Takie odcięcie od świata robi wrażenie i naprawdę trudno mi je sobie w realnym życiu wyobrazić, zdecydowanie trudniej niż niemówienie po prostu. Drugą sprawą jest zakończenie. Historia toczy się gładko i płynnie zmierza do finału. Jest trochę dramatów, ale wszystko wydaje się takie zwyczajne, ludzkie, ciepłe. I nagle na ostatnich stronach Preston postanawia z zaskoczenia wcisnąć czytelnikowi pięść w brzuch. Miałam ochotę… sama nie wiem. Trochę zbierało mi się na płacz, a trochę kumulowała się we mnie agresja.

Codzienne doświadczenia przyjmuję w całości. Cele, które osiągnęłam, nie tracą w moich oczach na wartości, gdy droga do nich okazała się wyboista. Podobnie jest z „Silence”. Chociaż miejscami lektura nie wydawała mi się satysfakcjonująca i postawiłam jej sporo zarzutów, to w ostatecznym rozrachunku – głównie dzięki dramatycznemu finałowi – myślę o niej pozytywnie. Z ogromną chęcią dowiem się więcej o życiu Oakley i Cole’a, mając nadzieję, że prędzej, czy później naprawią to, co zrobili ze mną podczas lektury ostatnich stron powieści.

Za egzemplarz dziękujemy: Feeria Young

Alicja Górska