przesileniePOŻAR, CO MNIE NIE POŻARŁ

„Czy żarem miłości można się sparzyć?” pyta okładka czwartego (i chyba ostatniego?) tomu „Kwiatu paproci” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Jak dotąd, to nawet się nie ogrzałam – chciałabym odpowiedzieć, ale jest w tym coś nazbyt złośliwego. Do finału historii Gosi docieram w końcu bez cierpienia, w jakiejś części usatysfakcjonowana i zainteresowana puentą. Czy „Przesilenie” ma w sobie tyle siły (lub jej nie ma), by przeciągnąć mnie na jedną ze stron – piekielnego żaru tudzież okrutnego chłodu?

Okładka „Przesilenia” zdecydowanie wyróżnia się na tle poprzednich odsłon cyklu Miszczuk. Wcześniej stonowane fotografie zastąpiło intensywne – w barwach i budzonych odczuciach – zdjęcie rudobrodego, umięśnionego mężczyzny. Nie mam wątpliwości, że w tym ciele pełnym napiętych mięśni skrywa się Swarożyc, zdecydowanie najbardziej sensualna postać „Kwiatu paproci”. Pewną zagwozdkę stanowi dla mnie jednak kolorystyka grzbietu tomu – intensywny, wręcz kłujący chłodem odcień granatu gryzie się z równie zadziorną czerwienią, którą wypisano tytuł książki.

przesilenieOd kiedy Gosia wyjechała z Warszawy na staż u szeptuchy wydarzyło się naprawdę wiele. Dziewczyna zdążyła się zakochać, zadrzeć z bogami i zajść w ciążę. W międzyczasie kilka razy była poważnie ranna, wielokrotnie bała się o swoje życie i raz po raz odkrywała kolejne skrywane przed nią sekrety. To jednak nie koniec szalonego roku. Zbliżają się Dziady, a wraz z nimi chwila wypełnienia woli Swarożyca. O co poprosi? Czy Mieszko uwierzy w końcu, że dziecko, które Gosia nosi pod sercem naprawdę jest jego potomkiem? I dlaczego Baba Jaga ma na strychu taki przerażający pokój? No, czytelnicy, nadszedł czas rozwiązania wszystkich niedomówień!

Bardzo się cieszę, że „Przesilenie” to już ostatnia część „Kwiatu paproci”, bowiem z tomu na tom robiło się coraz bardziej melodramatycznie i przewidywalnie. Ubolewam nad tą zmianą w wymiarze niemal kosmicznym, bo sam pomysł alternatywnego świata, w którym Polska wciąż jest królestwem, uważam za po prostu fantastyczny (nie, żeby była to koncepcja wykorzystywana po raz pierwszy, ale żadnemu autorowi dotąd nie udało się w pełni go rozwinąć) i mogło to wszystko zostać rozbudowane nieco inaczej. Wróćmy jednak do zasadniczego tematu, czyli „Przesilenia”.

Miałam nadzieję, że to tylko jakiś durnowaty sen, a nie prawdziwa wizja. Bo jeśli to wizja, to za przeproszeniem Dadźbóg może sobie zabrać tę zagadkę tam, gdzie sam nie dochodzi i gdzie się robią hemoroidy.

„Przesilenie” potwierdza układ sił dotychczas poznanych postaci. Gosia jest irytująca, Mieszko to taka trochę mamałyga, z kolei matka Gosi potrafi frustrować niespójnością. Te postaci zamykają dolną część tabeli. Na szczycie jakości kreacji niezmiennie znajdują się: Baba Jaga (oj czytałabym, czytałabym spin-off  czy prequel o jej przeszłości) i Mokosz (wizualizacja jej przemian w zależności od pór roku może nawiedzać człowieka w snach). Gdzieś w połowie stawki ulokowałabym Witka, a właściwie jego wersję z „Przesilenia” właśnie oraz stworki pomniejsze – personifikacje wiatrów czy bożątka chwyciły mnie za serce. Co do przedstawienia bogów, to do ostatniej chwili miałam tak mieszane uczucia, że nie potrafiłabym ich uplasować w tej hierarchii.

Pod względem dynamiki opowieści, jej dramaturgii i napięcia jest to zdecydowanie najlepsza odsłona cyklu. Pętla wokół bohaterów wyraźnie się zaciska. Mimo, że czytelnik spodziewa się konkretnego finału (nie, jeżeli chodzi o szczegóły, lecz o „typ” puenty), to emocje związane z drogą do niego rekompensują tę przewidywalność. Bezczelne zachowanie Swarożyca, któremu nudzą się wreszcie gierki z ludzką istotą, potrafią zaintrygować, choć zdecydowanie mogły być bardziej pikantne. Pęknie ta Gosia, czy nie pęknie? – myślałam, śledząc jego sensualne i psychologiczne gierki.

Wrócił Mieszko. Ciągle rozglądał się dookoła. Sądząc po jego zawiedzonej minie, chyba wciąż nie tracił nadziei, że spotka tutaj kogoś, kogo będzie mógł zdzielić łopatą.

Najlepsza z cyklu nie oznacza jednak wcale dobrej. Może to kwestia tego, że nie jestem targetem tej książki – nie bawi mnie jej humor, ani protagonistka; romans nie wzbudza żadnych emocji, a intryga jakoś nie intryguje. A może uważam, że „Kwiat paproci” nie jest dobry, ponieważ Miszczuk np. wprowadza w wizjach bohatera z Dzikiego Gonu, który plotkuje sobie z bohaterką prawie każdej nocy, a ostatecznie i tak jej w realnym świecie nie poznaje? Może… mogłabym wymieniać bardzo długo – bohaterów z dowcipem jakby tworzonym przez kalkę, z reakcjami nieadekwatnymi do sytuacji, z wszechładnymi bogami wydającymi się bezsilnymi kluchami i wiele, wiele, wiele innych. Może to po prostu wina logicznych dziur i nieprzemyślanej strategii?

Mieszko sprawił mi najlepszy prezent pod słońcem. Po co komu kolczyki czy kapcie? Nic nie wygra ze srebrnym sztyletem na upiry.

Lubię o sobie myśleć, jako o osobie dążącej do obiektywnego spojrzenia. Wierzę, że „Kwiat paproci” naprawdę może się komuś spodobać, ba, na pewno się podoba. Umiem rozpoznać konwencję, kiedy ją widzę, ale bogowie, ja jej po prostu tutaj nie kupuję. Wiem też, że nie powinnam mieć żadnych oczekiwań, że powinnam podchodzić do tekstu kultury niczym biała kartka, ale autorka sama przecież te oczekiwania rozbudziła – wybraniem konkretnej tematyki, pomysłem na świat i hasłami na okładkach. Dzięki Miszczuk sięgnęłam do źródeł, badając temat dawnych Słowian, ale w sumie tylko (aż) tyle dobrego z tej literackiej przygody wyniosłam. Jeżeli chodzi o sam cykl – spokojnie można było go zamknąć w dwóch tomach. Och, kończę już, bom potwornie po tej tetralogii zmęczona.

Za egzemplarz dziękuję: Grupie Wydawniczej Foksal.

Alicja Górska