nie mamy pojecia ocenaKOSMICZNE LAMY I PAPAJE

Współczesne osiągnięcia naukowe w swym skomplikowaniu wkradają się wręcz na poziom magiczny. Nic więc dziwnego, że popularnonaukowe propozycje starają się maskować to skomplikowanie, by przyciągnąć czytelników. Najprostszą maską dla znoju i idącej za nim nudy jest dowcip. Niestety, nie każdy ma zadatki na komika. Co dzieje się, gdy ktoś nieszczególnie zabawny bierze się za dowcipy, pokazuje książka „Nie mamy pojęcia” Jorge Chama i Daniela Whitesona.

O tym, że będzie (ma być) zabawnie mówi odbiorcy już sama okładka – komiksowe rysunki oraz zabawne fonty na froncie sugerują niekonieczne poważne podejście do tematu. Na poziomie estetycznym tom budzi więc te samo skojarzenia, co cykl „dla bystrzaków” (ang. „for dummies”). Jednocześnie jednak pastelowe kolory okładki sugerują, że zawarty w książce humor będzie adresowany przede wszystkim do młodszego czytelnika, a nie dojrzałego odbiorcy (chociaż poza skojarzeniami wizualnym nie ma na ten temat żadnej bezpośredniej informacji).

nie mamy pojecia okładkaKsiążka zawiera w tytule hasło „Nie mamy pojęcia. Przewodnik po nieznanym wszechświecie”, sugerując, że będzie opowiadała o tym, co niezbadane. Tymczasem jest wprost przeciwnie – opowiada o tym, co znane, podkreślając przy tym jedynie, że to niewielki procent potencjalnie możliwej do zgromadzenia wiedzy. Autorzy podzieli tom na siedemnaście, wynikających z siebie, rozdziałów. Poza jednym wszystkie mają charakter pytania – o liczbę wymiarów, o ciemną materię, o ciemną energię, o przestrzeń, o czas, a nawet o to, czy człowiek żyje we wszechświecie sam. Jest to więc jeszcze jeden podręcznik, umożliwiający rozeznanie się w stanie najważniejszych współczesnych badań z dziedzin fizyki, astrofizyki i pokrewnych.

Na poziomie merytorycznym znaleźć można w „Nie mamy pojęcia” bardzo zbliżone treści do tych zawartych w opisywanych już przeze mnie „Jeszcze krótszej historii czasu” oraz „Astrofizyce dla zabieganych”. Jest jednak między tymi pozycjami kilka zasadniczych różnic. Propozycja Chama i Whitesona jest wyraźnie dłuższa od pozostałych dwóch przywoływanych książek – przy nieco większym niż klasyczne B5 formacie ma prawie 400 stron. Byłoby fantastycznie, gdyby w ślad za objętością podążało również szersze opracowanie tematów, tymczasem można odnieść wrażenie, że o wszystkim napisano tutaj zbyt mało. Zastanawiacie się, jak to możliwe? Otóż więcej w tej książce tzw. sucharów o lamach czy papajach niż merytorycznej treści. Co gorsza, wszystkie te suchary są po prostu męczące. Przyciężkawy, absurdalny dowcip śmieszy może przez kilka pierwszych stron, ale później zwyczajnie do książki zniechęca.

Jak wiadomo, dzieci nie mają zbyt dużych wymagań co do żartów. Ba, zdecydowaną większość bawią po prostu dowcipy fekalne. Absurdalne anegdotki o lamach i papajach również mogłyby teoretycznie trafić do młodszej – choć już nie tej dziecięcej, zorientowanej na humor związanych z wydalaniem – grupy odbiorczej. Sęk w tym, że pomimo infantylnych śmiesznostek sposób prezentowania treści nie dąży do aż tak dramatycznego obniżenia progu wejścia, więc adresaci humoru „Nie mamy pojęcia” nie są koniecznie adresatami samej książki. Co więcej, spora część tych prostych żartów odnosi się do tematów, które z założenia bawią inną grupę, niż nastolatkowie – np. humor dotyczący burzy hormonów raczej nie sprawi, że młodzież zacznie radośnie rechotać.

Z książkami popularnonaukowymi jest trochę jak z nauczycielami – trzeba trafić na właściwego, by łatwo przyswajać przekazywaną przezeń wiedzę. Czasami nawet najbogatsi w wiedzę wykładowcy, pomimo tego że mają do zreferowania mnóstwo fantastycznych informacji, nie potrafią rozjaśnić tematów, które omawiają – bo używają zbyt trudnego słownictwa, bo nie potrafią znaleźć odpowiednio trafiających do wyobraźni przykładów, bo intonują swój wykład na wzór „Anielskiego orszaku”… Powodów może być mnóstwo. Książka „Nie mamy pojęcia” okazała się dla mnie właśnie takim niewłaściwym nauczycielem. Czy taka będzie również dla Was? Jeżeli Neil deGrasse Tyson czy Stephen Hawking i Leonard Mlodinow (albo dowolni inni autorzy, których już poznaliście) do Was nie trafiają, to pewnie warto spróbować, by wreszcie poznać podstawy współczesnej astrofizyki. Jeżeli jednak łyknęliście programowe minimum u kogoś innego – tę pozycję możecie sobie spokojnie darować.

ocena 6

Alicja Górska