Popularność produkcji George’a Lucasa pociągnęła za sobą rozwój całego rynku różnorodnych drobiazgów (kolekcjonerskich figurek, zabawek, puzzli, strojów itd.), ale również osobnych światów na odmiennych platformach. „Gwiezdne wojny” podbiły serca nie tylko widzów w różnym wieku, ale także czytelników czy graczy. Mnogość animacji, seriali, gier oraz książek zjednywała i nieustannie zjednuje sobie coraz liczniejszą rzeszę fanów. A od zeszłego roku, gdy na ekrany kin weszło „Przebudzenie mocy”, saga przeżywa drugą młodość. Tak samo jak rynek produktów dla fanów. Ba, jego zaopatrzeniowcy nie przepuszczają żadnej grupie odbiorczej. Dla jej najmłodszych przedstawicieli (chociaż nie tylko) przygotowano np. książeczkę „DobraMOC Vaderze”, której autorem jest Jeffrey Brown.
W ostatnich latach spragnieni sprawiedliwości dla baśni widzowie mają coraz więcej powodów do radości. Najpierw zwrócono honor braciom Grimm (chociaż głównie za sprawą literackiej części kultury) udostępniając do sprzedaży oryginalne, nieugładzone wersje spisanych przez nich historii. Następnie w kinie obok ckliwych, ugładzonych opowieści rodem z bajek Disneya, zaczęły pojawiać się obrazy przedstawiające alternatywne, mroczniejsze wersje znanych historii książąt i księżniczek. Do głosu doszły czarne charaktery, niekoniecznie potwierdzając idee bezpodstawnego okrucieństwa ich dusz; z kolei krystalicznie czyści bohaterowie, ujawnili skazy swoich charakterów. Jednak prawdziwym „odczarowywaniem” baśni z lukrowej otoczki okazał się dopiero „Pentameron”.
Tradycja „Hanafudy”, japońskich kart, sięga VIII w. n.e., jednak ich prawdziwa popularność i rozpowszechnienie zaczyna się „dopiero” w XVI wieku, kiedy to portugalscy marynarze odkryli Archipelag Joński i Japonia stała się jednym z najchętniej wybieranych za cel podróży miejsc. Podobno talia kart na statku stanowiła wyposażenie obowiązkowe (dla zabijania czasu podczas długich wojaży), a podczas jednej z wypraw w 1549 roku święty Franciszek Ksawery zaprezentował Japończykom hiszpańską grę w hombre i karty szturmem wzięły, przede wszystkim w niższych warstwach społecznych, czas wolny mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni.
Kopernik z pewnością kobietą nie był, ale Skłodowska-Curie już bez wątpliwości tak. Do wczoraj sądziłam jeszcze, że Einstein słynący ze sformułowania teorii względności, zaliczał się płcią do grona mężczyzn, ale za sprawą lektury „Pani Einstein” Marie Benedict nie jestem już taka rzeczy pewna. I bynajmniej nie chodzi tutaj o to, że sławny fizyk ukrywał prawdziwą płeć lub ją zmienił.
Powstało już wiele wymagających czasowego zaangażowania gier związanych z apokalipsą i jej przetrwaniem. Gracze walczyli z mutantami, budowali schrony lub starali się do zagłady w ogóle nie dopuścić. Studio Robot Gentleman wychodzi naprzeciw niedzielnym (ale nie tylko!) graczom i proponuje im pozycję „60 sekund” – interesujący wizualnie survival z elementami gry strategicznej oraz zręcznościówki, dopełniony szczyptą czarnego humoru.
Podczas oglądania „Wyprawy na koniec świata” w głowie aż huczało mi od pojedynczych pomysłów spod znaku: „Muszę o tym wspomnieć w recenzji”. Później, kiedy próbowałem ubrać w słowa swoje wrażenia, cisnęły mi się na klawiaturę przede wszystkim: „zachwyt” i „inspiracja”.
Kubuś Puchatek jaki jest, każdy widzi. A jeśli nie widzi/nie widział, to może żałować. Dotyczy to także najnowszych animacji przedstawiających losy tego kultowego bohatera, w tym tej z 2011 roku, zatytułowanej po prostu „Kubuś i przyjaciele”.
Zazwyczaj pisałabym: wyobraźcie sobie… Tym razem jednak nie musicie uruchamiać pokładów kreatywności. Podejdźcie do okna, wyjrzyjcie i obejmijcie się ciasno ramionami na widok zacinającego śniegu. Temperatura na zewnątrz waha się jeszcze w okolicach zera, ale wkrótce spadnie dużo poniżej. A jak ten fakt ma się do książki Meika Wikinga „Hygge. Klucz do szczęścia”? A tak, że wasze cieplutkie mieszkanie, koc narzucony na ramiona, grube skarpetki i kubek gorącej herbaty to właśnie istota hygge.
Przychodzi taki moment, kiedy czyta się ponad setkę książek rocznie, gdy ma się wrażenie, że już nic człowieka (jako czytelnika) nie zaskoczy. Spotyka się rzecz jasna na swojej drodze tytuły lepsze i gorsze, bardziej i mniej oryginalne, zajmujące pod względem treści lub do bólu nudzące. Tak, niezależnie od ilości przeczytanych utworów, nawet w obrębie najprostszych gatunków, wciąż dostrzega się różnice językowe, w konstrukcjach bohaterów czy akcji (to, że niekiedy są to różnice bardzo subtelne, to już zupełnie inna sprawa…). Niemniej zaskoczenie odchodzi w niepamięć. Rozwiązania większości intryg wydają się jasne, tajemnice mało tajemnicze, a zwroty akcji pozbawione pomysłu. Tak jakby wszyscy korzystali z jednego podręcznika. Tylko czasami, raz na kilkadziesiąt książek, trafi się „zaskoczeniowa” perełka. Taka jak „Alive” Scotta Siglera.
„Star Wars”! To przecież „Star Wars”! Przyszło mi żyć w czasach, kiedy kolejne części „Gwiezdnych wojen” mogę oglądać premierowo w kinie. Czy jako geek mogłem mieć więcej szczęścia? Co mogłoby pójść nie tak przy tej marce? Oh, wait… No tak, były przecież prequele. Spokojnie, uspokój się, Kamilu, wszystko będzie dobrze. W końcu „Łotra 1” (ang. „Rogue One”) nie reżyseruje już George Lucas.
W 2009 roku dwudziestoletni Xavier Dolan zadziwił świat swoim reżyserskim debiutem. Zgarnął w Cannes trzy nagrody i otrzymał owacje na stojąco. Doskonały początek. Gdzieś w tym sukcesie rozmył się jednak fakt, że „Zabiłem swoją matkę” to film z elementami autobiograficznymi, rozliczający pewien etap młodego twórcy. Pytanie, czy do owego rozliczenia w ogóle doszło, bowiem w 2014 roku na ekrany kin wszedł kolejny film Dolana przedstawiający relację matki i syna. Czy po pięciu latach można wnieść do tematu coś nowego? Okazuje się, że owszem. Można, jak sugeruje jeden z bohaterów produkcji, zobaczyć całość z innej perspektywy.
„Chciałabym wiedzieć, o czym teraz myślisz” – zdarza mi się mówić, spoglądając bliskiej osobie głęboko w oczy. Ale czy naprawdę bym tego chciała? Do momentu przeczytania „Nawet o tym nie myśl” Sarah Mlynowski byłam przekonana, że telepatia mogłaby być całkiem zabawna (albo po prostu przydatna). Jak jednak wiadomo światu od dawna „wielka moc to wielka odpowiedzialność”, a odpowiedzialność niekoniecznie wypada zabawnie. Wprost przeciwnie. Teraz więc, już po lekturze, gdy spoglądam w oczy drugiej osoby, myślę sobie po prostu, że jestem szczęśliwa.
Rok 2012 już dawno minął, domniemany koniec świata miał już być za nami, a jakoś szczególnie wyraźnych zmian na Ziemi zauważyć się nie dało. Nic w nas nie gruchnęło, nic nie zmroziło, nic nie wysadziło. Zombie nie wylazły na ulice, nawet żadna nowa epidemia nie zdziesiątkowała ludzkości w skali przekraczającej wcześniejsze zarazy. Życie potoczyło się dalej i dziś kolejni katastrofiści mogą szykować się do odczytywania następnych „zwiastunów” zagłady. A że znaków nigdy praktycznie nie brakuje, to pretekstu, by obejrzeć kolejny film o apokalipsie chyba nie trzeba szukać.
My, kobiety, nigdy nie jesteśmy dość dobre. Zwłaszcza w okresie dojrzewania. Zwykle patrzymy w lustro i widzimy w nim jedynie konstrukcję złożoną z wątpliwej jakości elementów. Grubych ud, wąskich ust, nieinteresująco opadających kącików oczu. Charaktery też mamy marne. Niezbyt subtelne, nadto wybuchowe, za mało albo nadmiernie wrażliwe. Nasze zainteresowania są nudne, a my – te prawdziwe – mało pociągające (w każdym wymiarze). Doskonale tematyzuje ten problem powieść Kasie West, „Chłopak z sąsiedztwa”.
Kobiety wciąż nie mają lekko w biznesie. Być może właśnie dlatego część z nich nie wykracza ze swoimi pomysłami poza sferę marzeń. Problem ten nie dotyczy jednak Leny Sokolovskiej i Jovity Vyšniauskienė, które ideę DIY (ang. do it yourself, czyli zrób to sam) oraz rodzinną sympatię do naturalnych produktów wzięły sobie bardzo do serca i założyły firmę uoga uoga. Teraz wkroczyły także na arenę wydawniczą.